Już po wojnie, po wielu latach, odwiedziłam ciocię Zofię Hasiak, raz jeszcze, mieszkała wtedy w Łańcucie, znowu odżyły wspomnienia z czasów wojny. Opowiadała wtedy, już na spokojnie tak: „Mój mąż Jan Hasiak był podoficerem w kawalerii we Włodzimerzu Wołyńskim. Podczas działań wojennych, począwszy od 1 września 1939 r. nie zginął, ale powrócił szczęśliwie z wojny i zamieszkaliśmy u jego rodziny, a było to k. Dominopola. Po zajęciu naszych terenów przez wojska sowieckie, trochę ukrywał się u swojej rodziny, ale niedługo. Niestety miejscowi Ukraińcy wykryli go i wydali w ręce zbrodniczej NKWD, było już niemal pewne, że jego los jest przesądzony.

 

Mimo wszystko nie traciłam nadziei na zwolnienie męża Jana. Przeszedł ciężkie tortury, był strasznie bity, a potem zamknięty w więzieniu we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie stał w wodzie w małej celi, przy czym nogi jego i ręce związane były drutem. Nie wywieźli go do Katynia, ale właściwie wykończyli go we Włodzimierzu Wołyńskim. Po wielu moich staraniach i dzięki Bożej Opatrzności, zezwolili mi w końcu odebrać męża Jana z więzienia.”.

Słuchałam tak cioci i wszystko sobie przypominałam, jak wtenczas to właśnie mój ojciec Andrzej Rusiecki, pojechał z ciocią Zosią do miasta, by zabrać wujka Jana z tego piekła. Ciężko rannego człowieka umieszczono w jednym z pokoi, w oddzielnym skrzydle naszego domu. Jak dziś pamiętam, był to człowiek zmasakrowany, b. obita, jątrząca się twarz, rany na nogach od drutu, zakarzenie ogólne ciała i postępująca gruźlica. Wujek Jan Hasiak już z tego nie wyszedł, po niedługim czasie pomarł i został pochowany na cmentarzu w Swojczowie.

Pozostała wdowa Zosia z synkiem Ryszardem, zaledwie 7–letnim i bez środków do życia. Dostało się i naszemu ojcu, którego NKWD również przesłuchiwało, o czym już pisałam, pomógł wtedy bardzo nasz proboszcz ks. Franciszek Jaworski. W pewnym czasie rodzice otworzyli sklep na bocznej drodze ze Swojczowa do Wandowoli i zatrudnili Zosię, by mogła zarobić sobie na utrzymanie. Ciocia wyprzedawała przy okazji własną biżuterię i inne rzeczy, które jeszcze posiadała. Potem trochę szyła, zamieszkując do tragicznego roku 1943, u państwa Skosalasów.

Opowiedziała mi także, co ją uchroniło od niechybnej śmierci podczas rzezi i później, mówiła tak: „Znalazłam się wśród obcych, byłam życzliwa dla wszystkich, dziękując za każdą pomoc i życzliwe słowo. Jednego razu szłam z panią Skosalasową i Rysiem do naszego kościoła w Swojczowie, a przy brzegu rowu siedzieli Ukraińcy: Jakub i Katia Dubieńczuk. Mój syn przechodząc obok nich, dźwięcznym głosem mówi: dzień dobry i kłania się im grzecznie. My dochodzimy i ja mówię: ‘Dzień dobry. Taki ładny dzień, to można się pogrzać na słońcu.’. Ta ukraińska para także nas przychylnie pozdrowiła, tymczasem pani Skosalasowa zachowała się b. nieprzyjemnie. Powiedziała w głos i to tak, by Ukraińcy ją słyszeli: ‘Ty Zosiu kłaniasz się takim chamom, jak możesz?’. Nie miałam wyjścia i odpowiedziałam jej na to: ‘To tacy mili sąsiedzi.’. Jestem głęboko przekonana, że to proste: dzień dobry, w późniejszym czasie, w chwili masowego mordu na Polakach w Swojczowie, ocaliło życie mi i mojemu dziecku.

30 sierpnia 1943 r., gdy do tego przyszło, właśnie ta Katia przybiegła do mnie i mówi: ‘Zosia uciekaj, ratuj się z dzieckiem. Chodź ukryjemy was! Jakub już wydarł głęboką dziurę w stogu siana.’. Zaufałam jej, bowiem nie miałam nic do stracenia i oto nie wydali nas rezunom, ale dobrze schowali, a miejsce schowka dobrze zabezpieczyli, ubijając za nami siano. Stog siana, w którym nas ukryli, stał zaraz za zabudowaniem, dlatego dobrze słyszałam, jak ‘ryzuny’ wpadli do domu, wyciągnęli Skosalasową i przebili ją bagnetem. Trzymali ją tak nadzianą na ostrze, aż skonała, a jej przeraźliwy krzyk do dziś dzwięczy mi w uszach. Jeszcze jakby dziś słyszę jej rozpaczliwe wołanie: ‘Zabijcie mnie już, a nie męczcie!’. Jej męża Skosalasa zarąbali siekierą w domu.

Rzeź mieszkańców naszej wsi trwała całą noc i następny dzień, w tym czasie dochodziły do nas ogromne jęki mordowanych, męczonych i pokalecznych ludzi, które mieszały się z różnymi wyzwiskami oprawców i innymi krzykami. Wieczorem Katia przysłała małą Haluszkę do stogu, niby to po siano dla bydła, a Haluszka przyniosła chleb i wodę. Trwało to kilka dni, ale dalsze ukrywanie nas było niemożliwe, ponieważ bandyci kłuli widłami stogi z sianem, wciąż szukając ukrywających się. Na szczęście my byliśmy ukryci dość głęboko i znów ocaleliśmy od pewnej śmierci. Jednak i to nie gwarantowało przeżycia, gdyż bandery podejrzane stogi palili, palili także całe polskie zabudowania.”.

Miała ciocia szczęście, że spotkała Ukraińców z ludzkim sercem. Zaczęli ją chować po zabudowaniach ukraińskich, aż do chwili kiedy to rezuni upewnili się, że: „Teper nie ma Lachiw!”. Przechowywali tak ciocię Zosię Hasiak z synkiem Rysiem, w piwnicach, na strychach, przebierali ją za Ukrainkę, zawsze była w chustce, głęboko zakrywając twarz, w bluzce, spódnicy i obowiązkowo z zapaską (fartuchem). Ciocia umiała mówić po ukraińsku, Rysiek nie umiał, więc udawał niemowę. Katia opowiadała, że przywiozła swoją kuzynkę Ukrainkę znad ruskiej granicy i dodawała znacząco: „Może to budit niwistka dla Laszuka.”. A miało to sens, gdyż ojciec Haluszki był wdowcem.

Tak się stało, że postawili maszyny do szycia u Laszuka i tam przychodzili Ukraińcy, przynosząc ubrania zdobyte na Polakach, by im sprawnie przerabiać. Ciocia mi się wtedy z bólem zwierzała: „Szyłam z musu i często poznawałam, czyje są rzeczy, a gdy przynieśli kostium twojej babci Karoliny Rusieckiej, która mi w tych ciężkich czasach dużo pomogła, zaczęłam mimowolnie drżeć i cała trząść się. Ukrainka pyta mnie na to: ‘ Soniu co tobie? ’ . Bałam się i spiesznie odpowiedziałam: ‘Chora jestem i nie mogę tego zrobić.’”.

Podczas tej naszej rozmowy stanęły jej też, przed oczyma różne przechwałki, jak to oni rezuni mordowali Polaków. Dla przykładu raz była w ukryciu za dużym piecem i słyszała, jak Ukrainiec Wołodia mówił: „Przybiegła do mnie moja sąsiadka, koleżanka do której zachodziłem czasem, wołając, błagając: ‘Wołodia ratuj!’, a za nią wpada druga dziewczyna, też Polka. A ja, jak chwycę je w ręce i głowami trzasnę jedna o drugą, to tylko krew się rozbryzła i po nich koniec.”.

Opowiadali także rezuny, jak to małe dzieci zabijali i wyrzucali na śmietnisko, zasypując je byle czym, aby było mniej grzebania w ziemi. Innym razem przechwalali się jak to mordował i czym i z jakim skutkiem. Usłyszała jak zamordowali mojego dziadka Karola Rusieckiego, który po kilku dniach wyszedł z ukrycia, przyszedł na podwórze Jędrycha Rusieckiego. Mówiła mi tak: „Naśmiewali się z Karola, że żal mu było ‘chodoby’, aby czasem nie popalili zwierząt, tymczasem oni wszystko wypędzili z obory, a potem szukali zakopanych rzeczy i kosztowności. Kiedy go zobaczyli, zaraz pochwycili i bardzo się nad nim znęcali, tak okrutnie, aż dziadek nie wytrzymał i wyjawił im miejsce ukrytych rzeczy. Na te przechwałki wszedł inny ryzun, który nazwywał się Korczak, a słysząc o czym tak raźno rozprawiają, mówi: ‘Patrzę, a to Rusieckiego Karola biją, a ja jak nie doskoczu i nie bachnę mu w brzuch, tak przeciąłem go na pół, tylko bebechy wypłynęły. Następnie wrzuciliśmy go do wody do sadzawki.’”.

Ciocia mówiła, że słuchając tego wyobrażała sobie, że Korczak przeciął dziadka dużym nożem, skoro przechwalał się: „Zaszlachtowałem go!”. Posłyszała także i to, że moją babcię Karolinę Rusiecką zastrzelili, gdy była w ogrodzie, tam też została pochowana pod drzewem. Ciocia zwierzała mi się dalej serdecznie: „Ja to tylko gorąco modliłam się o śmierć, dla mnie i dla Rysia przez zastrzelenie, nawet nie przypuszczałam, że przeżyję 8,5 miesiąca w takim stresie i w takich warunkach.”.

Opowiadała jak zimą na kolonii Boża Wola, spalone zostały wszystkie zabudowania i te polskie i te ukraińskie, a sami Ukraińcy zamieszkali w budynkach polskich w Swojczowie. W samym środku wioski zamieszkał sołtys Cebula, a Laszuk na gospodarstwie Stanisława Rusieckiego, jego dom z dwoma gankami, stał przy drodze, niedaleko cerkwi. Właśnie do tej cerkwi zachodziła teraz ciocia Zosia, stawała niedaleko cudownego Obrazu Matki Bożej Swojczowskiej i modliła się gorąco o skrócenie męki.

Raz jeden bardzo się wystraszyła, mówiła: „Sołtys Cebula tak jakby mnie poznał, rozmawiał bowiem ze mną jeszcze, gdy sprzedawałam w sklepiku, po śmierci męża. I chociż byłam przebrana za Ukrainkę, ale mógł sobie coś skojarzyć, bo tak popatrzył dziwnie. Jakiś czas potem, było to późną jesienią, przyszedł Cebula do Laszuka i pytał się o mnie: ‘Gdzie ta twoja niwistka, co to tu przychodzi?’. Laszuk również wystraszył się nie na żarty i zaczął z miejsca się wykręcać, mówił: ‘Ona po całej wiosce chodzi, czasami jest także u mnie i szyje na maszynie.’. A miał sołtys ze sobą piękne, wybrane jabłka i mówi: ‘Daj jej te jabłka i powiedz, aby wyszła wieczorem i stanęła przy furtce w sadzie.’. Podał też godzinę i zakończył znacząco: ‘Niech tam na mnie zaczeka.’. Gdy tylko Cebula odszedł Laszuk posłał córkę Haluszkę po Jakuba i Katię i nakazał im, aby zaraz mnie z dzieckiem gdzieś schowali, gdyż u niego zaczyna być niebezpiecznie. Naturalnie na to spotkanie nie wyszłam i może raz jeszcze, wyratowałam nam życie.”.

Porą zimową do Swojczowa przekradła się sowiecka partyzantka, przebrana po cywilnemu, a wśród miejscowych rozgłaszała, że są ukraińskimi partyzantami. Udali się także do sołtysa Cebuli i oświadczyli, że potrzebują czerwone naszycia na krzyż na zimowych papaszach – czapkach. Sołtys zaś przyprowadził ich do Laszuka i zlecił, by odszukać tej niewistki Soni. Ciocia ten dramatyczny moment, tak wspominała: „Znów przeżywałam ogromny strach, ale nie mogłam się uchylić, gdyż już zapowiedzieli, że zabiją Laszuka, jeśli nie przyjdę. I choć nie wiedziałam, co to za partyzanci, otuliłam się jeszcze bardziej, nadto zawiązałam twarz chustką, udając że bolą mnie zęby i że w ogóle, to jestem jakaś chora. Gdy przyszłam do domu Laszuka, przystąpiłam do naszywania na czapkach, a partyzant który już na mnie czekał, przyglądał mi się bacznie. Zaczął nawiązywać także rozmowę, w końcu mówi do mnie wprost tak: ‘Wy to nietutejsza Ukrainka, bo inaczej mówicie, tak ładnie.’. Boję się bardzo, ale spiesznie zaprzeczam: ‘Ja Ukrainka, a tu przyjechałam z Równego.’. Partyzant nie był jednak przekonany i na odchodne rzucił krótko do Laszuka: ‘Ta niwistka to nie Ukrainka, to Polka.’. Laszuk ze strachem zaczął zaklinać się i przekonywać, że jestem Ukrainką, tylko z innych stron. Po upływie tygodnia patrzę, a tu na saniach, co koń wyskoczy, pędzą ci z czapkami i z naszytymi czerwonymi krzyżami ten zaś, co zamawiał te czapki, jedzie na koniu. Wtem zeskakuje z konia, wbiega do kuchni i mówi do mnie: ‘Uciekaj z nami, ty nie Ukrainka i Ciebie tu zabiją!’. Uciekłam, ale od niego, bałam się że jestem rozpoznana, nie mogłam bowiem wiedzieć, że był to zrzut sowieckiej partyzantki, rozpozany i ścigany właśnie przez banderowców.”.

Wczesną wiosną front docierał już do Swojczowa. Partyzantka ukraińska wycofała się w głąb lasów świnarzyńskich, a „rodzime rezuny” razem z partyzantką. We wsi powstał popłoch i kilka razy było tak, że wszyscy Ukraińcy kryli się w lasach przed spodziewanym frontem. Ciocia Zosia wspominała: „Nie mogłam uciekać razem z nimi, kryłam się z dzieckiem po piwnicach przed jednymi i drugimi. Pewnego razu dołączyła do mnie starsza Ukrainka i tak wykryli nas żołnierze frontowi. Chwila była bardzo groźna, bowiem mówią do mnie: ‘Ty szpion! Nikogo nie ma, wszyscy uciekli, tylko ty zostałaś.’. Tłumaczę się zaraz wystraszona: ‘Jestem Polką, a tu w wiosce kryłam się przed rezunami ukraińskimi, bo oni wszystkich Polaków mordowali jak popadło.’. A Sowiet na to ostro: ‘Wszystkich mordowali, a ciebie oszczędzili, niby dlaczego?’. Próbowałam się tłumaczyć, opowiadając wszystko, co nas tu w Swojczowie spotkało, ale nie bardzo wierzyli, chcieli dowodu, że to co mówię jest prawdą. Nie miałam nic do stracenia, powiedziałam: ‘Dowodem niech będzie to, że gdy Ukraińcy mordowali dzieci, nie chciało im się kopać dołów, rzucali zatem ciała dzieci na wysypisko śmieci i przysypywali byle czym, najczęściej gnojem.’. Jeden żołnierz został, by pilnować nas, a drugi tyczasem udał się, by sprawdzić czy to, co mówi ciocia to prawda. Gdy stwierdził prawdziwość informacji, pozostawili ciocię z synem i starą Ukrainką w tej piwnicy. Po latach sama zachodzę w głowę i naprawdę nie wiem, jak mogłam to wszystko po ludzku wytrzymać, widać zadziałała Boża Łaska.”

Zacięte walki frontowe przedłużały się, a Niemcy mocno kontratakowali, tak że zdołali wyprzeć Sowietów ze Swojczowa i znów odzyskali kontrolę tych terenów. Na ten czas, część ludności ukraińskiej, powróciła do swoich domów, ale większość rezunów nadal kryła się po okolicznych lasach. W tym właśnie, w tak niebezpiecznym czasie, trudno dziś uwierzyć, co za siła pchnęła dwie młode dziewczyny Zofię Rusiecką i jej kuzynkę Władysławę Bydychaj do pojechania do Swojczowa. Czy głód, czy pragnienie odszukania najbliższych, lekkomyślność, a może niebywała odwaga? Fakt pozostaje faktem, że udały się tam z niemieckim żołnierzem, który wiózł właśnie na front raport. Bardzo możliwe jednak, że po prostu chciały ocalić to, co było jeszcze polskie i tych, którzy jeszcze żyli, a byli z polskich rodzin.

Na miejscu zdołały ustalić, że ich babcie już nie żyją, że zostały zamordowane przez banderowców, podczas sierpniowego pogromu. Dowiedziały się także, że cudowny obraz Matki Bożej Swojczowskiej ocalał i obecnie znajduje się w ukraińskiej cerkwi w Swojczowie. Władzia odnalazła swój kilim, a siostra Zosia dowiedziała się także, gdzie pod jabłonią zakopano naszą babcię. Zdążył jeszcze Niemiec odkopać ciało babci i ujrzała Zosia naszą babcię, skuloną w kłębek, zakopaną płytko pod ziemią. To był teren przyfrontowy, dlatego dziewczęta nie mogły pozstawać tam za długo, zatem żołnierz rzekł stanowczo: „Musimy już wracać do Włodzimierza Wołyńskiego.”.

Potem była już właśnie owa słynna wyprawa po obraz Matki Bożej Swojczowskiej, a opisana już wyżej, podczas której szczęśliwie odnalazła się także ciocia Zosia i jej syn Ryszard. Ciocia Zosia tak mi wtedy o tym opowiadała: „Z ukrycia słyszę kroki grupy ludzi na szosie, wyglądam szparami, a oto jacyś ludzie zabierają cudowny obraz Matki Bożej Swojczowskiej z cerkwi, wyrwany wcześniej z ram Ołtarza ze zburzonego przez banderowców kościoła. Ogarnia mnie strach, że oto ostatnią Opiekunkę naszą zabierają. Odruchowo wręcz wybiegam z kryjówki i widzę, że idzie ksiądz i jakiś człowiek, Ukrainki niosą obraz, a wszystkich prowadzi Niemiec. Słyszę słowa wypowiedziane przez Andrzeja Rusieckiego: ‘Zosiu!’, ale w szoku nie poznaję twego ojca Andrzeja, znowu odruchowo odpowiadam: ‘Ja was nie znaju.’. Po prostu przez cały ten czas poniewierki, żyłam już na skraju wyczerpania fizycznego i psychicznego. Żyłam jak w amoku i w pierwszej chwili nie mogłam już rozpoznać, ani ks. Franciszka Jaworskiego, ani twego ojca od których doznałam wcześniej, tak wiele różnorakiej pomocy. Jednak znowu odruchowo idę za tymi ludźmi i dopiero za bramą zabudowań Karola Rusieckiego, twego zamordowanego dziadka, gdy Ukrainki postawiły obraz na ziemi, a same odeszły, puściło mnie. Przeszło mi, a moje władze wróciły, może także dlatego, gdyż był tam punkt niemieckiej straży frontowej. Po prostu poczułam się pewniejsza i dopiero wtedy rozpoznałam ks. proboszcza Franciszka Jaworskiego i twego ojca Andrzeja. Natychmiast rzuciłam się im do nóg, prosząc: ‘Zabierzcie mnie z tego piekła!’. Ksiądz i twoj ojciec ujęli się za mną i tłumaczyli Niemcom, że to jest jeszcze jedna Polka, która przeżyła w tej wiosce ukraińskie pogromy.”

Póki co nie mogli zabrać cioci ze sobą do Włodziemierza Wołyńskiego, gdyż na wsi w ukryciu, wciąż pozstawał jej syn Rysiek. Niemcy zatrzymali więc ciocię Zosię na swojej palcówce, odszukali jej syna i na drugi dzień odwieźli ją do Włodzimierza Wołyńskiego na ul. Cmentarną. Po kilku dniach pobytu w mieście, odnalazł ich brat Katii Dubieńczuk, szkoda że nie pamiętam dziś, jak się nazywał. W każdym razie, był on jednym z tych, którzy w tym tak trudnym czasie, pomagali cioci przetrwać w Swojczowie. Ja sama bradzo dobrze zapamiętałam tamtą scenę, oto wchodzę do pokoju i co widzę: ciocia siedzi na krześle, syn Rysio stoi przy niej, a na kolanach przy nich klęczy ten Ukrainiec, a brat Katii Dubieńczuk. Prosi, a nawet błaga, aby ciocia jak naprędzej uciekała z Włodzimierza Wołyńskiego, bo ją teraz odszukają ukraińskie rezuny. Mówi dramatycznym głosem: „Jak ja ciebie odnalazłem już po kilku dniach, tak i oni dowiedzą się gdzie jesteś i zabiją was, bo jesteście świadkami ich morderstw.”.

Ciocia Zosia przeżyła tę straszną, demoniczną wojnę, a Włodzimierz Wołyński opuściła dopiero razem z nami, czyli nie tak wcale prędko. Gdy nieco pozbierała się po trudach okrutnej tej wojny, wyszła po raz drugi za mąż i urodziła piękną córeczkę. Po latach odszukała mnie już w Zamościu na pięknym Roztoczu, a podczas tych odwiedzin zobowiązała mnie do spisania jej gehenny na Wołyniu. Prosiła mnie także, abym postarała się dowiedzieć, czy żyją jeszcze Ci Ukraińcy, którzy podczas tych krytycznych, godzin, dni, tygodni, a nawet całych miesięcy, nieśli jej i dziecku, tak bezcenną, ratującą życie pomoc. Czy może zginęli, a jeśli tak to kiedy i czy czasem nie była to zemsta ze strony rezunów za pomoc, którą jej tak hojnie świadczyli. Ciocia czuła się mocno zobowiązna, wobec ukraińskiej rodziny Jakuba i Katii Dubieńczuk ze Swojczowa. Pragnęła im teraz w jakiś sposób pomóc, a jeśli nie im, to choćby ich rodzinom.

Dzisiaj ciocia Zosia Matwiejew ma już 84 lata i mieszka w Łańcucie, ma wnuki, a nawet prawnuki, a ile razy ją odwiedzałam zawsze mnie wita i wspomina tamte lata. Lecz dla mnie są to bardzo smutne wspomnienia, ale nawet pomimo to, czułam się odpowiedzialna i zdołałam je spisać, jako świadectwo dla przyszłych pokoleń. [fragment wspomnień Petroneli Władyga z d. Rusiecka ze wsi Swojczów na Wołyniu, relacja została spisana przez Panią Petronelę, a po latach opracowana przez S. T. Roch]


enfrdeitptrues

75. rocznica ludobójstwa

Reklama

 

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2319341

Odwiedza nas 138 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online