W Kołomyi pod zaborem austriackim wytworzył się silny ośrodek polskiego patriotyzmu. Liczne szkoły, ulice, skwery i place nosiły imiona wybitnych Polaków. Wychodząca od 1890 r. "Gazeta Kołomyjska” jako motto wybijała na winiecie dumne hasło: "Wiedeń w kąt, Paryż w kąt, Kołomyja dziś na front”.

Polskie pomniki patriotyczne

Kołomyja szczyciła się, że z jej okolic pochodził Franciszek Karpiński (1741-1825), wybitny twórca polskiego oświecenia, nazwany "poetą serca”. Trwałe miejsce w literaturze zapewniły mu wiersze sentymentalne, liryczne, niezwykle niegdyś popularne sielanki ("Laura i Filon”), wiersze patriotyczne ("Żale Sarmaty nad grobem Zygmunta Augusta”), ale przede wszystkim liryka religijna. Karpiński jest bowiem autorem słów znanych pieśni i kolęd śpiewanych do dziś w kościołach i przy wigilijnym stole, m.in. "Kiedy ranne wstają zorze”, "Wszystkie nasze dzienne sprawy”, "Bóg się rodzi”. Urodził się w pobliskim Hołoskowie i to w dramatycznej chwili, kiedy na dworek jego rodziców napadł ze swą watahą słynny opryszek Aleksy Dobosz, co później w literaturze obrosło legendą.

Franciszek Karpiński miał w Kołomyi dwa pomniki. Pierwszy, odsłonięty w 1880 r., dłuta Walerego Ga­domskiego (1833-1911), krakowskiego rzeźbiarza, twórcy wielu pomników miejskich, m.in. w Bochni (Kazimierza Wielkiego) i Tarnowie (Kazimierza Brodzińskiego). Przedstawiał naturalnych rozmiarów sylwetkę młodego Karpińskiego ubranego w rzymską togę. Na czterech marmurowych tablicach umieszczonych na cokole wyryto daty życia poety i zwrotki pieśni "Kiedy ranne wstają zorze”. Po­mnik ten zburzyli Ukraińcy w 1919 r. W 1931 r. Polacy wykorzystali stary cokół i umieścili na nim naturalnych rozmiarów popiersie poety dłuta Stanisława Tracza (1897-1945) i nazwali plac, na którym stał po­mnik, imieniem Karpińskiego. Monument ten z kolei zniszczono w 1948 r. w czasach ZSRR. W 2000 r. w oddanym Polakom kościele katolickim umieszczono tablicę poświęconą pamięci autora pieśni "Kiedy ranne wstają zorze” Karpińskiego i przypomniano, że tam jest jego ziemia rodzinna.

Mimo burzliwych lat, różnych okupacji, zmieniających się granic prze­trwał w Kołomyi ponad 100 lat po­mnik polskiego wieszcza Adama Mickiewicza. Wzniesiony przez tamtejszych Polaków w 1898 r. w formie potężnej kamiennej piramidy, z medalionem poety w środku, był wówczas najokazalszym, po krakowskim i lwowskim, monumentem w zaborze austriackim poświęconym wieszczowi. Stoi dziś przy jednej z głównych ulic w Kołomyi. Do dziś dotrwały też dwie polskie tablice patriotyczne – jedna na ratuszu poświęcona Tadeuszowi Kościuszce i druga na budynku dawnej szkoły im. Kopernika poświęcona Zygmuntowi Krasińskiemu.

Był w Kołomyi jeszcze jeden wyjątkowo okazały i szanowany polski po­mnik – Józefa Piłsudskiego. Odsłonięto go 27 października 1929 r. na rynku kołomyjskim jeszcze za życia marszałka. Jego autorem był wybitny rzeźbiarz, rektor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Konstanty Laszczka (1865-1956). Monument przedstawiał postać Piłsudskiego w pozycji siedzącej, w mundurze żołnierskim, z narzuconym na ramiona płaszczem. Piłsudski w lewej ręce trzymał opartą na udzie potężną książkę, z wyrytym na okładce hasłem rewolucji francuskiej "Wolność,Równość, Niepodległość”. Figurę marszałka umieszczono na potężnym piaskowcowym cokole, na frontonie którego był napis: "Józef Piłsudski – wskrzesiciel Ojczyzny”. Ponieważ monument stał blisko ratusza, odbywały się pod nim często uroczystości patriotyczne z udziałem weteranów powstań narodowych i młodzieży kołomyjskich szkół. Po­mnik wysadzono w powietrze dwa tygodnie po wejściu do Kołomyi Armii Czerwonej w październiku 1939 r.

Kołomyjskie centrum sztuki huculskiej

W 1876 r. powstała w Kołomyi Szkoła Przemysłu Ceramicznego. Odegrała ona bardzo poważną rolę w wytworzeniu stylu w sztuce huculskiej. Znalazł on wielu naśladowców i zdobył duże uznanie nie tylko w polskich środowiskach artystycznych. Przy szkole powstała kolonia nauczycieli-artystów, którzy ucząc młodzież, sami jednocześnie tworzyli znaczące dzieła. Wybitnym wykładowcą w tej szkole był Stanisław Dębicki (1866-1924), pochodzący z Lubaczowa malarz, rysownik, późniejszy profesor krakowskiej ASP, gdzie przejął katedrę po Stanisławie Wyspiańskim. W Kołomyi uczył rysunku w latach 1886-1890. Zachwycał się okolicą. Wędrował po wsiach huculskich – od Żabiego po Delatyn, szukając inspiracji. Rysował sceny z życia Hucułów i Żydów galicyjskich. Wtedy powstały jego wysoko ocenione obrazy: "Kąpiel w Prucie”, "Z Hucułami w górach”, "Pogrzeb żydowski w Kołomyi”. W szkole tej uczył także znany portrecista i pejzażysta, autor m.in. portretu Wincentego Pola (w zbiorach Muzeum w Bochni), uczeń Jana Matejki - Stanisław Daczyński (1856-1922).

Kołomyjska Szkoła Przemysłu Ceramicznego, nazywana też Krajową Szkołą Garncarstwa, miała szczególne osiągnięcia w kształceniu garncarzy i kaflarzy – producentów kafli do pieców, które trafiały nawet na cesarskie pokoje w Wiedniu. Miały one bogatą ikonografię: postacie świętych, motywy roślinne i zwierzęce, sceny figuratywne, głównie z polowań, sylwetki żołnierzy, cyrkowców, sceny z życia codziennego dworu i wsi. Wszystko to w kolorystyce zieleni, brązu i żółci. Wyroby garncarskie z Kołomyi i pobliskich miejscowości: Pistynia, Kut i Kosowa otrzymały z czasem nazwę "majolika pokucka”. Najstarsze znane garnki pokuckie pochodzą z początku XIX wieku, z warsztatu Mateusza Kowalskiego. Pod koniec tego wieku w Kołomyi, Pistyniu, Kutach i Kosowie działało około 250 garncarzy. Widać takie było zapotrzebowanie. Każdy próbował tworzyć swój oryginalny styl, ale wszystkich zdominował samorodny artysta, uważany dziś za geniusza, Aleksander Bachmiński (1822-1882), malarz, garncarz, kaflarz. Spod jego rąk wyszły fantazyjne malowidła na kaflach i glinianych garnkach. Dziś rarytasy muzealne.

Muzeum Pisanki

W 1892 r. hrabia Edmund Starzeński stworzył w Kołomyi Muzeum Huculskie, które w okresie międzywojennym pod nazwą Muzeum Pokuckie zgromadziło duże zbiory rękodzieła huculskiego. Dziś te tradycje kontynuuje ukraińskie Muzeum Etnograficzne w Kołomyi, którego oryginalną wydzieloną część stanowi Muzeum Pisanki. Umieszczono je w nowoczesnym budynku mającym kształt olbrzymiego kurzego jaja wysokości 13,5 m. Zgromadzono w nim ponad 10 tysięcy pisanek z całego świata: z Chin, Izraela, Egiptu, Indii, Cejlonu, Kenii, Japonii, Kanady, głównie jednak z Pokucia i Huculszczyzny. Są też polskie z okolic Łowicza. Zbiór ten został wpisany do księgi rekordów Guinnessa.

W setkach gablot kołomyjskiego muzeum eksponowane są pisanki malowane, wydrapywane, wyklejane, oblepiane koralikami, ziarnkami maku, obszywane nićmi, jedwabiem czy kolorową włóczką. Przedstawiane są na nich scenki rodzajowe, z motywami roślinnymi, religijnymi, geometrycznymi, scenami z polowań i zabaw weselnych. Oprócz jaj kurzych są tam jaja kacze, gęsie, orle, strusie, a także pisanki wykonane w kamieniach szlachetnych, drewnie lipowym, wypalane w glinie – fajansowe, szklane, porcelanowe, a także ażurowe, wykonane przy pomocy wierteł dentystycznych. Mają tak wyszukaną kolorystykę i wzory, że trudno od nich oderwać wzrok. Największe wrażenie robią pisanki z kołomyjskiego Kosmacza z mikroskopijną ornamentyką oraz wydmuszki z Zakarpacia, które liczą po kilkadziesiąt lat, bo konserwatorzy tych muzealnych eksponatów osiągnęli mistrzostwo w swym fachu. Warto pamiętać wobec zbliżających się świąt wielkanocnych, że pisanki znane są w cywilizacji ludzkiej od kilku tysięcy lat (najstarsze w Persji). Od wieków obdarowywali się nimi ludzie, życząc sobie zdrowia, pomyślności i szczęścia. Na Huculszczyźnie wieszano je na sznurkach pod świętymi obrazami.

 

W Polsce 3 kwietnia 2004 r., w przeddzień Niedzieli Palmowej, otwarto Muzeum Pisanki w Ciechanowcu. Jest dużo skromniejsze od kołomyjskiego, liczy około 1000 eksponatów z prywatnej kolekcji zmarłej przed miesiącem Ireny Stasiewicz-Jasiukowej i jej męża.

 

Dwa oblicza Wincentówki

Rynek i centrum Kołomyi otaczały dzielnice: Marjówka, Różanówka, Bagiń­szczyzna, Kosaczów i Wincentówka. Szczególnie lubianą przez mieszkańców i można rzec: reprezentacyjną była Wincentówka. Wyróżniały ją domy z charakterystycznymi gankami i o­szklonymi werandami, obrosłe dzikim winem. Strome dachy z mansardowymi oknami pokryte były czerwoną dachówką ze znanej na całym Pokuciu kołomyjskiej cegielni Józefa Wimmera. Osią tej dzielnicy była ulica Legionów, z długim szpalerem gazowych latarni. Mieszkańcy szczycili się, że Kołomyja, z racji bliskości złóż ropy i gazu w Peczeniżynie i Bitkowie, była jednym z pierwszych w Europie miast z oświetleniem gazowym.

Wincentówka leżała na dwóch poziomach pradoliny Prutu, pomiędzy którymi widoczny był duży uskok. Najniższa część dzielnicy w czasach polskich nosiła nazwę Doliny. Były tam łąki kośne, pastwiska, a dalej nieprzejezdne bagna, na których wiosną rosły zadziwiająco dorodne żółto-złociste kaczeńce, tworząc wrażenie, jakby bagna przykrywał dywan o soczystych, jaskrawych barwach. "A w tym morzu kaczeńców – pisze kołomyjanin, dziś mieszkaniec Poznania Eugeniusz Dmytrów – pyszniły się rośliny o pięknych kulistych złotych kwiatach, zwane tam bulwami. O ile kaczeńce można było zrywać garściami, o tyle bulwy były trudno dostępne, jako że rosły już w topieli bagiennej. Ale czasem udawało się śmiałkom i ryzykantom zrobić z bulw prezent zachwyconej koleżance”.

Bagniste łąki zasilał strumień Rydlówka, który rozlewał się w Dolinach bezbrzeżnie, tworząc swoisty rezerwat przyrody. Tam, na trudno dostępnych dla ludzi, o grząskim podłożu mokradłach żyło mnóstwo ptactwa, a zwłaszcza rzadkich, pstrych derkaczy, ukrytych w trawach trudnych do podejścia. Było też tam siedlisko czapli i setek zajęcy.

W zimie ten teren pokrywał się śniegiem i lodem gładkim jak szklana tafla. I stawał się rajem dla młodocianych łyżwiarzy, głównie gimnazjalistów, zwanych też studentami. Bo Kołomyja miała wiele szkół o różnych profilach. Równiny śnieżne, ciągnące się od ulicy Legionów aż po widnokrąg, w kierunku Zabłotowa i Śniatyna, sprzyjały marszom i biegom narciarskim. Ściągało tam pół miasta w pogodne popołudnia. Dopiero zimą można było zauważyć mnóstwo krzyżujących się tam tropów zajęczych i uświadomić sobie, jak liczne stada tych zwierząt żyły na Dolinach. W zimie zające gnane głodem podchodziły pod domostwa i ogołacały z kory drzewa w sadach owocowych. To była istna plaga dla ogrodników. Dziś tam zajęcy już nie ma – zostały wybite albo otrute.

Cmentarz polski w Kołomyi

W Kołomyi zachowała się największa na Pokuciu polska nekropolia. Dziś jej stan jest opłakany. W półmroku potężnych, ponadstuletnich, o nieprzerzedzanych konarach drzew, gęstych zaroślach natrafić można na kilkaset polskich pomników i grobowców. W większości noszą ślady wandalizmu: wyrwane tablice epitafijne, rozbite krzyże, wydłubane fotografie nagrobne, otwarte, sprofanowane grobowce, odbite głowy i ręce figur. Niestety cmentarz ten staje się często miejscem pijackich libacji, czego byłem świadkiem, fotografując tam nagrobki. Ostatnio Polacy: Senat RP, kilku posłów na Sejm i kilka szkół, m.in. z Wołczyna i Ziębic na Śląsku, podjęli próbę ratowania tej nekropolii. Ufundowano nową bramę i odnowiono kilka nagrobków.

Cmentarz w Kołomyi jest nadal otwartą księgą polskości w tym mieście. Spoczywają tam przedstawiciele najznakomitszych polskich rodzin. Zachowało się do dziś sześć grobowców i kilka mniejszych nagrobków rodziny Piskozubów, których przedstawiciele pełnili ważne funkcje w mieście: burmistrza, notariuszy, poczmistrzów, zarządców kolei. O zasługach Pisko­zubów dla Kołomyi świadczyła jedna z ulic w tym mieście w dzielnicy Wincentówka, do roku 1939 nosząca ich imię. Z Piskozubami spokrewniona była rodzina Stadniczenków, której liczni przedstawiciele spoczywają również na tym cmentarzu. Byli to głównie prawnicy, adwokaci, notariusze i lekarze.

Najstarszy nagrobek, na który trafiłem na tej nekropolii, został wzniesiony w 1811 r. w postaci piaskowcowego krzyża podolskiego na grobie bliżej nie znanej Marcjanny z Zawidzkich Dzierzkowskiej. Największym pomnikiem jest potężny, piętrowy grobowiec ofiar zbrodni pod kołomyjską wsią, a dziś dzielnicą Kołomyi – Kosaczów, gdzie na przełomie 1918/1919 r. w czasie wojny polsko-ukraińskiej zamorzono głodem przetrzymywanych w barakach jeńców-zakładników, polskich inteligentów. Pod stożkową płytą dachową zwieńczoną rzeźbą wielkiego orła siedzącego na skale znajdują się płaskorzeźby ilustrujące dramat uwięzionych, umierających z zimna i głodu. W II Rzeczypospolitej był ten grobowiec wyjątkowo czczony. Obecnie konserwatorzy polscy przywrócili czytelność tablicy na tym pomniku.

Z wybitnych Polaków na cmentarzu kołomyjskim spoczywają m.in. dwaj burmistrzowie tego miasta: Saturnin Andrzej Zaremba (1877-1935), przemysłowiec, pochowany wspólnie z ojcem, Henrykiem Zarembą (1850-1918), kołomyjskim asesorem, i bratem, ks. Michałem Zarembą (1886-1931), kanonikiem, proboszczem Zadwórza – polskich Termopil; Kazimierz Bronisław Nieczuja-Witosławski (1842-1906), aptekarz, powstaniec 1863 r., poseł na Sejm Krajowy, i jego żona Maria z Sołtysików Witosławska (1848-1919). Spoczywa tam też kilku prezydentów Sądu Okręgowego w Kołomyi, m.in. Jan Reiner (zm. 1885) i Władysław Nowina Przysiecki (1821-1886) oraz wielu uczestników powstań narodowych, którzy na starość osiedli w Kołomyi.

Zachował się nagrobek Jana Szymeczki (1842-1933) – na porcelanowej, rozbitej fotografii można jeszcze dostrzec rysy twarzy powstańca styczniowego w czapce żołnierskiej. Jest to nagrobek prapradziadka Janusza Wójcika, poety, obecnego dyrektora Departamentu Kultury i Sportu Urzędu Marszałkowskiego w Opolu, którego rodzina pochodzi z Kołomyi.

Bardzo ciekawy jest nagrobek Michtów i Chodorowskich, składający się z trzech cokołów nakładających się na siebie i zwężających ku górze, z krzyżem na szczycie. Spoczywają tam m.in.: Ignacy Chodorowski (1806-1855), kontroler kas galicyjskich, z żoną oraz ich syn Bronisław Chodorowski (1842-1897), lekarz pułkowy; Adam Michta (1800-1878), ułan z powstania listopadowego, i jego syn Maciej Michta (1847-1897), znany kołomyjski księgarz, z żoną Balbiną z Chodorowskich (1838-1892). Jest na tym nagrobku przejmujące epitafium wierszowane, poświęcone kilkuletnim synkom Michtów, którzy zmarli jeden po drugim w rocznych odstępach w 1880 i w 1881 r. Oto jego fragment:

 

"O wielki Boże, Wszechwładco świata

Klęska za klęską srodze

nas przygniata.

Kilka miesięcy po pierwszej stracie

Zaledwie, a już brat przy bracie!

Łzy nasze nie oschły po stracie

pierwszego

A już nam zabierasz synka drugiego.

Pociechę naszą! Szczęście nasze całe!

Dwóch synów stracić? To

i skamieniałe

Serce zapłacze! O Synu, dlaczego?...”

 

Zachował się też nagrobek Lubina Biskupskiego (1840-1916), żołnierza powstania styczniowego, a później właściciela fabryki maszyn w Kołomyi, przemysłowca, kupca, który wspólnie z synem w mieście nad Prutem prowadził też sprzedaż ekskluzywnych chevroletów dla bogatych galicyjskich nafciarzy.

Na cmentarzu tym spotkałem wiele wierszowanych epitafiów mówiących o bólu po stracie bliskich. Dla przykładu na grobie tragicznie zmarłej w wieku 22 lat Heleny Grusz­kowskiej (1889-1911) jej zbolały mąż, urzędnik namiestnictwa, kazał wykuć sentencję:

 

"Czym jest życie? Zagadką,

złudzeniem.

Walką światła z cieniem.

A śmierć dowodem życia.

Dla nas żyjących męczarnią,

cierpieniem.

Dla Ciebie, Helciu, tylko ukojeniem.

Najdroższej żonie mąż”.

 

Dziś na cmentarzach polskich zaniechano tak bardzo częstych niegdyś w naszej tradycji epitafiów wierszowanych. Nie podaje się też na współczesnych pomnikach zawodów i zasług zmarłych. Czy nie warto wrócić do tradycji? Cmentarz jest bowiem ciągle otwartą księgą dziejów miasta. Cóż by można było powiedzieć o ludziach pochowanych na cmentarzu w Kołomyi, gdyby rodziny nie umieściły na tablicach nagrobnych informacji o zasługach, profesjach i okolicznościach śmierci zmarłych.

Żródło; "Nowa Trybuna Opolska" -Autor Stanisław S. Nicieja

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20110417/REPORTAZ/144657810


enfrdeitptrues

 Materace dla Ciebie

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2239473

Odwiedza nas 73 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online