/ Polacy zamordowani w miejscowości Lipniki (domena publiczna)

Mało kto pamięta, bo mało o tym się mówi i pisze, o Samoobronie Polskiej która w 1943 r. odegrała niebagatelną rolę  w obronie życia ludności cywilnej zamieszkałej w jednym z największych województw kresowych.   W tym miejscu należy powiedzieć, że  po zajęciu Wołynia przez Niemców w 1941 r. nie u od razu dało się dobrze zorganizować konspiracji i tym  samym  stworzyć oddziałów  partyzanckich. Dopiero  sierpniu 1942 r. , kiedy Komenda Główna AK wydzieliła okręg wołyński z Obszaru nr 3 (Lwów) i podporządkowała go bezpośrednio sobie  pojawiła się szansa na odbudowę siatki konspiracyjnej zlikwidowanej podczas okupacji sowieckiej 1939-1941.. We wrześniu 1942 r. komendantem okręgu mianowano płk Kazimierza Bąbińskiego ps. „Luboń”.

Okręgowym Delegatem Rządu został Kazimierz Banach ps. „Jan Linowski”, który przybył na Wołyń 21 listopada 1942 r. Wołyń i Polacy tam mieszkający nie byli przygotowani do tego co im przyniesie 1943 r. 17 - 21 lutego 1943 r. na III zjeździe OUN    ( w wiosce Tereberze  lub Wałujky koło Olecka w obwodzie lwowskim)  zapadła  decyzja  o „etnicznym czyszczeniu „ Wołynia ( rzezi wołyńskiej). Wołyń miał się stać poniekąd poligonem doświadczalnym dla   późniejszej akcji na terenach  ważniejszych pod względem strategicznym. Dość często pada pytanie : dlaczego Wołyń był pierwszy w realizacji zbrodniczych planów OUN?   Było kilka powodów, między innymi  ten, że na Wołyniu było znacznie mniej Polaków niż w województwach Małopolski Wschodniej i do tego niespodziewających się ataku ze strony ukraińskiej. Przed okupacją sowiecką (1939 1941) Polacy stanowili  tu mniejszość  szacowaną na   14- 16 %, a po  sowieckich  aresztowaniach i, deportacjach oraz niemieckich wywózkach na prace przymusowe, pozostało   już tylko koło 12%, gdy Ukraińców  było znacznie  ponad 60%. . Przy tym Wołyń leżał na uboczu, gdzie niemiecka władza poza głównymi miastami zdawała się być raczej słaba. To stwarzało dogodne warunki do tworzenia ukraińskiego  ruchu partyzanckiego. To na Wołyniu powstały pierwsze oddziały UPA , wcześniej OUN nie dysponowało zbrojnymi oddziałami zdolnymi do realizacji zamierzeń związanych  z powstaniem «Samostyjnej Ukrainy”. Ludność polska Wołynia, i to głównie wiejska, weszła w rok 1943 r. nieprzygotowana do przeciwstawienia się ludobójstwu. Istniejąca od 1942 r. wśród wąskiego grona Polaków konspiracja ZWZ - AK  była nastawiona na przygotowywanie ludności do realizacji akcji „Burza”, a nie z Ukraińcami. Nie dostrzegano wówczas jeszcze, że najpoważniejszym i najbliższym zagrożeniem dla Polaków są nacjonaliści ukraińscy. Zresztą działalność konspiracyjna, pozostając pod nieustanną obserwacją Ukraińców, którzy składali donosy policji ukraińskiej lub Niemcom, była związana ze szczególnym narażaniem wolności i życia, miała bardzo ograniczony zasięg i była słaba. Ludzi o doświadczeniu wojskowym i przywódczym, którzy byliby zdolni pokierować ludnością polską w ówczesnych okolicznościach było zbyt mało, ponieważ większość wybitniejszych lokalnych postaci została wyeliminowana przez Sowietów w latach 1939-1941.. Pierwszy szok ogarnął  powiat sarneński i kostopolski w związku z całkowitym wymordowaniem Parośli I w pow. sarneńskim (luty 1943), w miesiącach następnych przechodząc przez kolejne powiaty, zaczynając od wschodnich. Obawa o życie pobudzała do starań o ocalenie.   Tworzenie pierwszych oddziałów samoobrony odbywało się spontanicznie. Organizowali je lokalni przywódcy społeczności polskiej.   
Samoobrony powstawały dzięki takim ludziom jak, nauczyciele, księża proboszczowie, podoficerowie rezerwy WP ( tam gdzie nie było oficerów)  lokalni przywódcy posiadający zaufanie społeczne.           

Ich działalność początkowo sprowadzała się do organizowania przez ludność wsi i miasteczek punktów obserwacyjnych, wystawiania straży i patrolowania najbliższej okolicy. Członkowie samoobrony ostrzegali miejscową ludność polską o pojawieniu się nieznanych oddziałów zbrojnych. Część posterunków, wart i patroli działała tylko wieczorem i w nocy, przy czym rzadko uzbrojone były w broń palną.  Skuteczność działania pierwszych oddziałów samoobrony nie była duża – sprowadzała się do ostrzegania ludności polskiej przed możliwością napadu. W pierwszym okresie brak uzbrojenia nie pozwalał jeszcze na skuteczne odparcie ataku ukraińskiego, a jedynie na sygnalizowaniu ucieczki. W tym miejscu warto oddać głos świadkowi: Zygmunt Bukowski wspomina: Po wymordowaniu przez Ukraińców mieszkańców kol. Parośla I, Polacy w wielu okolicznych miejscowościach samorzutnie przystąpili do organizowania samoobrony przed grożącymi dalszymi napadami Ukraińców. Polegało to na tym, że starszyzna danej wsi na swoim zebraniu postanawiała bronić się w razie napadu. W tym celu:
- obierano spośród siebie komendanta (dowódcę);
- wszelkimi sposobami zdobywano broń;
- budowano schrony, głównie dla kobiet i dzieci;
- organizowano nocne i dzienne warty;
- ustalano system alarmowania mieszkańców;
- wykonywano we własnym zakresie broń „białą”, różnego rodzaju szpikulce;
- organizowano współdziałanie z innymi ośrodkami polskiej samoobrony w najbliższej okolicy.
W gminie Włodzimierzec trzy polskie kolonie: Poroda, Choromce i Prurwa zorganizowały samoobronę i ustaliły sposób współdziałania między sobą. Komendantem całości został wybrany kapral rezerwy Franciszek Jankiewicz z Choromiec. Inicjatorami i organizatorami samoobrony w Porodzie byli głównie żołnierze rezerwy. Należało do nich m. in. dwóch kawalerzystów: Jan Szymański i Stanisław Szumski, którzy służbę wojskową odbyli w 21 Pułku Ułanów w Równem. Komendantem samoobrony w Porodzie został Michał Olejniczak, a jego zastępcą Jan Szymański. W pierwszym okresie głównym zadaniem samoobrony było pełnienie wart w dzień i w nocy oraz patrolowanie rozległego terenu kolonii, aby nie dać się zaskoczyć napastnikom i zdążyć zaalarmować mieszkańców. Oprócz patroli pieszych, przez pewien czas organizowano również patrole konne. Na wiosnę 1943 roku w Porodzie wybudowano duży schron dla ludzi i przystosowano go do obrony okrężnej. Został zlokalizowany we wschodniej części kolonii, w pobliżu zabudowań Władysława Pieruna. przed nasypem kolejki wąskotorowej, niedaleko skrzyżowania dróg, które rozchodziły się w kierunku Włodzimierca, Antonówki i Perespy. Do budowy wykorzystano drewno z pobliskiego składu. Obrońcy dysponowali małą ilością broni palnej i amunicji. Mieli trochę granatów, a resztę uzbrojenia stanowiły różnego rodzaju szpikulce do walki wręcz. Mimo tragicznej i beznadziejnej sytuacji byli zdecydowani bronić się do końca. Utrzymywano współdziałanie z sąsiednimi polskimi placówkami samoobrony, głównie w Choromcach i Prurwie. Ale nie tylko. Kiedy w czerwcu 1943 r. Ukraińcy napadli na polską kolonie Stachówka, oddaloną 11 km od Porody, około 30 obrońców z Porody natychmiast pośpieszyło do Stachówki z odsieczą.”  Antoni Gutkowski ze  wsi Siedlisko z gminy Stepań, powiat Równe : „Zaczęliśmy się organizować, a nie mając broni, wytwarzaliśmy imitacje karabinów. Kowale robili bagnety, które nasadzane były na drzewce w kształcie kolby karabinu i gdy grupa młodych ludzi utworzyła szereg z tymi niby karabinami, wyglądało to na oddział uzbrojonych ludzi. Nie było mężczyzny, który by nie miał takiego karabinu- szpikulca, nie była to broń palna, ale można było walczyć na bagnety. Bandyci byli dzielni, gdy Żydzi sami kładli się do grobu, lecz z nami trzeba było walczyć, a w walce można być rannym lub zginąć i dlatego skończyły się czasy, że pod pozorem partyzantów radzieckich, mordowali naszych ludzi. W miarę upływu czasu i zdobycia wszelkimi sposobami broni, zaczęliśmy organizować trwałe warty i gdy w Siedlisku zdobyliśmy 10 karabinów ręcznych, utworzyliśmy trzy wartownie: w mieszkaniu Józefa Janickiego, Jana Rosińskiego i Jana Onuchowskiego. Ja byłem komendantem wartowni u Józefa Janickiego. Zebraliśmy 30 mężczyzn mających coś wspólnego z bronią palną, do każdej wartowni przydzielono 3 karabiny. Jeden miał na stałe komendant główny obrony, którym był w Siedlisku Władysław Wiatr ( prawidłowo winno być Gracjan Wiatr- red), kapral wojska polskiego. I tak w każdej wartowni było trzech mężczyzn uzbrojonych, którzy stanowili trzon wartowników, reszta szła na wartę ze szpikulcami „   Pierwsze skuteczne samoobrony powstały w marcu 1943 r. w Rybczy  pow. Krzemieniec i Przebrażu pow. Łuck. Jednak nie wszędzie to było możliwe, albo nie było woli walki w obronie życia , przy dużym poczuciu zagrożenia Polacy opuszczali swoje gospodarstwa i przenosili się do większych polskich osiedli lub miast, a także do polskich miejscowości, które zdołały zorganizować obronę.  Na ten przykład: cztery polskie kolonie z północnej części powiatu sarneńskiego (Jaźwinki, Lado, Perestaniec, Tatynne) około pół roku wędrowały taborami po lasach, wioskach i futorach województwa poleskiego, gdzie terror OUN-UPA nie był tak odczuwany i gdzie wędrujące kolonie okresami korzystały z ochrony sowieckiego oddziału partyzanckiego. Chroniono się w majątkach, miasteczkach i miastach, w których stacjonowały załogi niemieckie lub węgierskie, co powstrzymywało UPA od napadów W tym miejscu warto powiedzieć, że to. mniejsza część ludności polskiej angażowała się w zorganizowane grupowo czynne formy ochrony życia. Pierwsze   oddziały samoobrony były  nieliczne, słabo uzbrojone i ich działalność ograniczała się do patrolowania okolicy i ostrzegania przed atakiem kierowane w początkowej fazie ich tworzenia przez władze cywilne. Jakie były tego efekty wspomina: Ewelina Hajdamowicz z domu Bagińska w z Lipnik   ( pow.  Kostopolski ):

  „. W nocy z 25 na 26 marca 1943 roku około godziny 2-giej wartownicy czuwający nad bezpieczeństwem mieszkańców donieśli, że dzieje się coś niedobrego, ogłosili alarm. Znajdujące się na krańcach wsi zagrody zaczęły płonąć. Ich pożar oświetlił całą wieś. Ze wszystkich stron posypały się pociski z karabinów i broni maszynowej. Od kul zapalających wybuchały nowe pożary. Drewniane domy oraz ich słomiane dachy paliły się jak zapałki. Była we wsi samoobrona, ale niestety okazała się ona zbyt słaba wobec miażdżącej przewagi ukraińskich bandytów. Wybuchła panika, ludzie zaczęli wybiegać z domów i uciekać. Banderowcy przy świetle pożaru strzelali do nich. Podwórza i pola wokół zagród pokrywało coraz więcej trupów i rannych. Cała wieś stała w ogniu! (…)Wybuchła panika. Utworzył się zator z dużej liczby uciekinierów biegnących w tę stronę. Wokół słychać było straszliwe krzyki i jęki mordowanych ludzi, nawoływania zagubionych rodzin, skowyczenie psów i ryk palącego się razem z ludźmi bydła.(…) Części uciekającym z pogromu mieszkańcom Lipnik udało się dotrzeć i schronić w majątku Zurne, odległym o 5 km.  (...)  . Łącznie w Lipnikach zginęły 182 osoby.
Również jako jedne z pierwszych powstały placówki samoobrony  w miejscowościach: Jeziory, Szachy, Serniki, Swarycewicze, Borowe, Dubrowica, Wołczyce, Huta Stepańska, Dobryń, Nowosiółki, Ostrowsk, Wieluń, Biała, Komary, Huta Sopaczewska, Hały. W powiecie kostopolskim zorganizowano placówki samoobrony we wsiach: Głuszków, Moczulanka, Nowiny, Stara Huta, Bronisławówka, Rudnia, Stryj, Mokre, Myszków, Zawołocz, Marulczyn, Woronusze, Jakubówka.  . Niestety nie wszędzie okazały się skuteczne. W kwietniu 1943 r. doszło do próby obrony polskich wsi, np. w Rafałówce koło Przebraża, gdzie udało się odeprzeć atak Ukraińców i w Kutach (Kątach) w powiecie krzemienieckim; mimo obrony zginęło 43 Polaków. Z powodu braku amunicji postanowiono jednak opuścić wieś i uciekać do Krzemieńca. Kutowianom pomogli Niemcy, którzy wystawili zbrojną ochronę kolumny uchodźców (choć w zamian za pomoc zrabowali cały inwentarz żywy)   Większość  polskich miejscowości była bezsilna. Edward Horoszkiewicz wspomina:  Informacje o tym, że napady odbywają się przeważnie nocą przez zaskoczenie spowodowały, że nie nocowaliśmy w domach. Noce spędzaliśmy w lesie i na bagnach – mimo mrozu. Nigdy nie zapomnę tych chwil, kiedy - pod osłoną nocy musiałem - opuszczać ciepły dom, własne łóżko, aby iść w siarczysty mróz spać do lasu. Zimy na Wołyniu są z reguły ciężkie, a noce wydają się strasznie długie, te były wyjątkowe trudne. Nacierpieliśmy się przez te dnie i noce, że nie sposób opisać. Większość z nas cierpiała z powodu przeziębień, oraz odmrożeń, bo spaliśmy w ziemiankach i szałasach z gałęzi, okrytych liśćmi. Za posłanie służyły nam gałęzie świerku i sosny, oraz ściółka leśna ,a za przykrycie stare - worki ,skóry i odzież. W  obawie o życie pod koniec kwietnia 1943 roku, część ludności Balarki wyjechała do Huty Stepańskiej. Tam był silny ośrodek samoobrony.
Jednak były takie miejscowości  ( z ludnością polską ) w których  zdecydowana większość mieszkańców postanowiła się przeciwstawić się przemocy i walczyć na własnym terenie wykorzystując wszystkie możliwości.  Stanisław Sobolewski :  Gdyby nie fakt, że mieszkańcy mojej wioski szybko  zrozumieli o pojawieniu się realnego zagrożenia i starali się zapobiec tragedii, to dziś nie było by komu opowiadać o Sławobarce i Helenówce .  Stosunkowo szybko powstała u nas placówka samoobrony .A było nas około 100 osób. Dowódcą naszej Placówki Samoobrony w Słobodarce był sierżant Michał  Banach, przedwojenny Komendant  Strzelców Polskich. Siedziba  mieściła się w budynku Sienkiewicza  Antoniego.  

/ Walki w obronie Przebraża (aut. Paweł5586, domena publiczna).

Główna Baza Placówek znajdowała się w miejscowości PRZEBRAŻE, najbardziej znanym ośrodkiem samoobrony na Wołyniu.  Polskie władze podziemne ( W tym też rząd  londyński) początkowo zbagatelizowały alarmujące raporty o  dramatycznej sytuacji na Wołyniu. Jednak  w końcu  Komendant Główny AK oceniał sytuację na Wołyniu następująco: „Ludność polska nękana do ostatnich granic chroni się w większych miastach, w lesie, lub samorzutnie przystępuje do walki z wrogim elementem w obronie życia i dobytku. Taki stan zmusza komendy terytorialne do organizowania czynnej akcji przeciwko wrogim wystąpieniom obcych narodowości. Samoobrona staje się na terenie wschodnim równoległym zagadnieniem co do ważności, jak i przygotowanie się do zadań na okres powstania”. Akcja „Burza”  była dla nich zadaniem najważniejszym, to dlatego odmówiono dostarczenia broni samoobronom i nie wysłano oddziałów AK z za Buga. Nie mniej  przystąpiono do przeciwdziałania.  W  kwietniu 1943 r. Komendant Okręgu AK Wołyń płk Kazimierz Bąbiński „Luboń” nakazał:
a) Tworząca się samorzutnie wołyńska samoobrona na terenach zagrożonych uniemożliwia lub co najmniej utrudnia dalsze napady rezunów. Na dowódców wszystkich szczebli kładę obowiązek wzięcia w swoje ręce inicjatywy w organizowaniu samoobrony, nie dekonspirując swoich związków organizacyjnych. Na nas jako kadrę dowódczą spadł obowiązek i odpowiedzialność za obronę Polaków na Wołyniu, gdyż już się krew polska nie z naszej winy polała.
b) zakazuję stosowania metod jakich stosują ukraińskie rezuny. Nie będziemy w odwecie palili ukraińskich zagród lub zabijali ukraińskich kobiet i dzieci.  Samoobrona ma bronić się przed napastnikami lub atakować napastników, pozostawiając ludność i jej dobytek w spokoju. „Luboń” zakazywał współpracy w ramach samoobrony z Niemcami (w tym wstępowania do policji niemieckiej) i partyzantką sowiecką.     Patrząc na to z perspektywy czasowej trudno oprzeć się wrażeniu , że „poprawność polityczna” czyniła te nakazy oderwanymi od realiów w jakich znaleźli się mieszkańcy Wołynia w 1943 r. Zakaz współpracy z Niemcami już jako pierwszy był nie do wykonania, biorąc pod uwagę, że nie legalne posiadanie broni, karane było  przez okupanta śmiercią. Samoobrona Przebraża i Pańskiej Doliny, jako pierwsze nie zastosowały się do tego nakazu i wystąpiły do Niemców o dostarczenie im legalnej broni, w celu obrony przed ukraińskimi napadami. Fakt otrzymania jej ( starej i w niewielkiej liczbie) pozwolił na wykorzystanie w walce  tej nielegalnej. Tylko dzięki temu manewrowi obrony te były skuteczne i znalazły się w gronie nigdy nie pokonanych. Inny przykład: 14 lipca 1943 r. odbyło się spotkanie Komendanta Obwodu AK porucznika Sylwestra Brokowskiego „Białego” z przedstawicielem Powiatowej Delegatury Rządu kpt. Dziekońskim, z udziałem: dr „Butryma”, ks. Kobyłeckiego , starszego sierżanta Nawrota  (...)Wszyscy uznali, że nie można zwlekać ze zorganizowaniem obrony ludności polskiej w mieście i tej, która przetrwała w terenie. Uczestnicy narady zgodzili się również, że za wszelką cenę trzeba wstrzymać ucieczkę ludności polskiej za Bug, zachować siły ludzkie, nie pozwolić na wywózkę młodzieży do Niemiec oraz zorganizować zaopatrzenie ludności. Z uwagi na opanowanie terenu przez uzbrojone oddziały nacjonalistów ukraińskich, kontakt z Inspektoratem AK w Łucku ani też z Komendą Okręgu AK w Kowlu i uzyskanie zgody na powyższe zamierzenia były niemożliwe. W takiej sytuacji por. „Biały” sam powziął decyzję i wyraził zgodę na wzięcie broni od Niemców i zorganizowanie placówek samoobrony. Szybko podjęto rozmowy z gebietskomisarzem, w toku których ustalono, że Niemcy wydadzą uzbrojenie dla 200-250 osób, którzy pod dowództwem polskich podoficerów przeznaczeni będą na placówki samoobrony, natomiast z około 300 ludzi utworzony zostanie zwarty ochraniający ludność wyjeżdżającą w celu zbierania zboża i ziemniaków, pozostawionych przez Polaków na polach wsi, które musieli opuścić. Opiekę nad naborem do samoobrony objął por. Jerzy Kraszewski. Nabór przebiegał bardzo szybko i sprawnie.” (...)  „W ciągu kilku dni wokół Włodzimierza utworzono placówki samoobrony w następujących miejscowościach: Włodzimierzówka-Chobułtowa, Falemicze, Werba, Bielin, Nowosiółki, Bortnów, Iwanicze, Stęzarzyce oraz 2 placówki we Włodzimierzu. Placówka w Stęzarzycach została przeniesiona do Włodzimierza dla wzmocnienia obrony miasta. Na komendanta powiatowego samoobrony powołano ppor. Tadeusza Karkowskiego. Na dowódców placówek wyznaczono podchorążych i byłych podoficerów WP. Utworzone placówki samoobrony współdziałały z terenowymi ogniwami AK, działającymi w Spaszczyźnie , Wodzinowie, Anusinie, Radowiczach i Edwardpolu, dostarczając im broń i amunicję. Zgoda na wzięcie broni od Niemców pozwoliła na zalegalizowanie w pewnym stopniu broni posiadanej nielegalnie oraz tworzenie konspiracyjnych placówek działających w obronie ludności polskiej w mieście i ośrodkach samoobrony, a także sprzyjało rozwijaniu działalności konspiracyjnej i organizowaniu oddziałów partyzanckich. Utworzenie placówek samoobrony powstrzymało napór UPA na miasto. Odsunęło bezpośrednie zagrożenie oraz wpłynęło na uspokojenie nastrojów ludności polskiej.  Grzegorz Motyka jako historyk napisał: Współpraca samoobrony z Niemcami była wymuszona stanem wyższej konieczności i dlatego Polacy nierzadko piszą w tym kontekście o „pozornej kolaboracji” czy wręcz wallenrodyzmie. Warto podkreślić, że pomimo  tragicznej sytuacji  polskiej ludności spowodowanej działalnością UPA polskie podziemie konsekwentnie piętnowało szukanie wsparcia u Niemców i Sowietów. Świadczy o tym chociażby odezwa z 28 lipca 1943 r. okręgowego delegata rządu RP Kazimierza Banacha do mieszkańców Wołynia z apelem o zaprzestanie walk, w której czytamy: „Pod żadnym pozorem nie wolno współpracować z Niemcem. Wstępowanie do milicji i żandarmerii niemieckiej jest najcięższym przestępstwem wobec Narodu Polskiego. Milicjanci – Polacy, którzy by wzięli udział w niszczeniu zagród oraz w mordowaniu kobiet i dzieci ukraińskich, wykreśleni zostaną z szeregów Narodu Polskiego i będą ciężko ukarani. [...] Współdziałanie z bolszewikiem jest takim samym przestępstwem jak i współdziałanie z Niemcem. Wstąpienie do oddziałów partyzanckich sowieckich jest zbrodnią. Żaden Polak nie może się tam znaleźć”. Pomimo to nie brakowało głosów przychylnie odnoszących się do szukania wsparcia u Niemców. Jego gorącym zwolennikiem okazał się prezes Rady Głównej Opiekuńczej Adam Ronikier. W swoich pamiętnikach pisał: „topniał stan posiadania polskiego w tej odwiecznie do Polski należącej ziemi, a panowie z Delegatury, nie pozwoliwszy nam na organizowanie obrony, nie raczyli myśleć o tym, że złemu trzeba było przynajmniej próbować zaradzić [...] przykład [...] w Równem, gdzie dwaj nasi delegaci, uzyskawszy od Kreishauptmanna broń [...] nie tylko potrafi li Ukraińców wziąć w ryzy, ale naokoło Równego kraj cały doprowadzić do ładu i porządku – przeczy kategorycznie tym naszym mędrkom, którzy teraz powiadają, że i tak nic by się nie dało zrobić, bo władze niemieckie by nie pomogły. Trzeba było działać, a nie przyglądać się suchym okiem dziełu zniszczenia odpychającemu granice Polski na zachód”.  Opcja proniemiecka szybko została spacyfikowana przez władze podziemne. Uważano, że jakakolwiek współpraca z Niemcami może skompromitować podziemie i dać Stalinowi do ręki polityczny argument, który przesądzi o utracie ziem wschodnich. Było to zbyt wielkie ryzyko.   Czesław Piotrowski: Cały ten obszar znajdował się pod jednolitym dowództwem cywilnym i wojskowym, które potrafiło utrzymywać dobre stosunki zarówno z partyzantami radzieckimi, jak również z okupacyjnymi władzami niemieckimi w pobliskich Kiwercach i Łucku. Jak dowiedzieliśmy się później, panowała tu także ścisła współpraca z przedstawicielami Armii Krajowej w Lucku i Kiwercach     (...) Najistotniejsze w tym wszystkim było to, że zgromadzonej tu ludności polskiej udało się przetrwać do zakończenia wojny, a więc to, czego się nie udało nam w Hucie Stepańskiej i w wielu innych ośrodkach polskich na Wołyniu.   To jest  przykład nieskuteczności nakazów „Lubonia” ale uzyskiwania efektów w obronie. W drugiej połowie sierpnia 1943 r. dowództwo UPA przygotowało plan ostatecznego rozbicia Przebraża. Ściągnięto także sotnie z dalszych rejonów, włącznie z około 3 tys. doborowych upowców z Małopolski Wschodniej. Władysław Filar ocenia siły UPA zaangażowane w atak na 6 tys. uzbrojonych ludzi oraz drugie tyle tzw. siekierników i rabusiów. To były olbrzymie siły  wobec, 4 kompanii samoobrony Przebraża w sile 600-800 ludzi oraz oddziału odwodu liczącego ponad 200 ludzi, samoobrony z Rafałówki (170 ludzi), placówki samoobrony z Komarówki (30 ludzi) i oddziału partyzanckiego AK ppor. Jana Rerutki „Drzazgi” (107 ludzi) . Dowództwo samoobrony postanowiło poprosić o pomoc oddział partyzantki sowieckiej płk  Prokopiuka , (150 piechurów i 60 kawalerzystów), stacjonujący w lasach kilka kilometrów od Przebraża. Wspólnie z partyzantką sowiecką, wydzielona grupa samoobrony, zaatakowała  główne siły UPA od tyłu. W tym samym czasie obrona Przebraża rozpoczęła kontratak na wszystkich odcinkach. Manewr ten był dla upowców całkowitym zaskoczeniem, w ich szeregi wkradła się panika i rozpoczęli niekontrolowany odwrót. Podobnych przykładów było znacznie więcej co świadczy tylko o dramatyczności sytuacji i determinacji samoobrony polskiej.           

17 maja 1943 r.  Komendant OW AK  nakazał zorganizowanie samoobrony w rejonach o przewadze ludności polskiej; utworzenie w rejonach o mniejszym nasileniu ludności polskiej samoobrony w miasteczkach; utworzenie zbrojnych oddziałów dyspozycyjnych i zorganizowanie systemu alarmowego.   Niekoniecznie dla tego, ale faktem jest, że w maju 1943 r. powstało 56 samoobron ( najwięcej)  na Wołyniu.,  co warto porównać z liczbą 128  powstałych w ciągu całego roku .  Pierwszy większy ośrodek polskiej samoobrony zorganizowano na początku maja 1943 r. w Pańskiej Dolinie w powiecie dubieńskim. Ośrodek ten stoczył ciężkie walki – odparł trzy napady UPA: 22 czerwca, 27 lipca i 15 sierpnia 1943 r.   Genowefa Halkiewicz wspomina : Placówka „Pańska Dolina” – po pierwszych napadach – została usytuowana na wybudowaniu Dąbrowa w trzech dużych gospodarstwach: Piotrowskich, Baranowskich i Kozłowskich ( moich dziadków ze strony mamy) Jej dowódcą został Albert Kozłowski (mój wujek) – pseudonim „Jastrząb”. Załogi placówek działały w ramach Armii Krajowej. Były dobrze zorganizowane . Żołnierze kontrolowali tereny wokół placówki i może dlatego w naszej okolicy było niewiele masowych mordów.  (...) Spośród kilku ukraińskich napadów na Pańską Dolinę najlepiej pamiętam ten z 22 czerwca 1943 roku. Przewaga Ukraińców była przytłaczająca, byli wyposażeni w działo, a obrońców placówki pozostało niewielu, bo część z naszych wyjechała do miast, by zorganizować więcej broni i odwiedzić rodziny.  (...) Nasi chłopcy zwyciężyli, odparli napastników i zdobyli działo. Jeden z naszych zginął zabity w walce, a jeden  - ranny. (...) Ludzie konspiracji zdobywali broń różnymi sposobami, głównie od Niemców, płacąc złotem, bimbrem i żywnością.  Maksym Skorupski ps. Maks – sierżant UPA, dowódca kurenia w swoich pamiętnikach napisał: ....na naradzie oficerów podjęto decyzję jeszcze tej samej nocy zlikwidować polskie gniazdo - „twierdzę”, którą oni stworzyli we wsi Pańska Dolina. Piękna księżycowa noc. Sotnie kurenia otoczyły wieś z trzech stron. Rozpoczęła się strzelanina - Polacy z murowanych budynków i bunkrów silnie się ostrzeliwali. Nasza artyleria Berezy, która składała się z trzech  armatek 75 mm, okopała się na polu przy skrzyżowaniu. My już w wyobraźni widzieliśmy ruiny polskich budynków. Ale póki co armaty jeszcze milczały. Po godzinie zawziętego boju stało się dla nas oczywiste, że bez artylerii nie zdołamy wziąć Polaków. Dobrze uzbrojona i profesjonalna obrona wskazywała, że Pańska Dolina rzeczywiście była „twierdzą”.  To w maju można było już zaobserwować  pewne różnice w samoobronach wynikające często z sytuacji terenowej lub organizacji ( współdziałania) kilku różnych miejscowości. Placówką samoobrony było pojedyncze polskie osiedle (wieś bądź kolonia) strzeżone przez grupę samoobrony. Przejściowo takie grupy współpracowały z oddziałami partyzanckimi. Placówki samoobrony powstawały we wsiach z dużą przewagą polskiej ludności. Rzadkością były placówki we wsiach, gdzie Polacy byli mniejszością. Ludność polska w takich wsiach była najczęściej bezbronna. Ośrodkami (bazami) samoobrony były zespoły polskich osiedli, posiadające własne umocnienia obronne, wzajemnie się wspierające i podejmujące wspólne akcje. Często bazy na stałe współpracowały z oddziałami partyzanckim. Przykładowo   ważną bazą samoobrony było miasteczko  Rożyszcze (powiat łucki), położone nad Styrem. W Rożyszczach i okolicznych miejscowościach schroniło się około 15000 Polaków.  Jedną z największych, a jednocześnie najbardziej znaną bazą samoobrony było  wymienione  powyżej , Przebraże . Na początku czerwca zgromadziło się w tej wsi około 18000 ludzi.  Kilka zdań ze wspomnień  Anny Kownackiej -Góral : Ledwie uszliśmy z życiem. Wszyscy uciekaliśmy na Przebraże. Chmielówkę całą obrabowali i spalili. Zginęło kilka osób ale dokładnie ile nie wiem. (...) z Chmielówki uciekliśmy na bosaka i bez żadnych zapasów żywności. Przebraże, to wieś licząca przed wojną około 2 tys. mieszkańców. A wraz z sąsiednimi wioskami, tworzy wysepkę na morzu ukraińskich osiedli. (...)To co ujrzałam było straszne. Dookoła jak okiem sięgnąć płonęły wszystkie wsie. Gigantyczny pierścień płomieni zdawał się przybliżać do nas. Walki toczyły się w okolicy wsi Zagajnik, która była na uboczu systemu obronnego. Powstała panika, ludzie uciekali w głąb Przebraża (...)   Ludzie, którzy przybyli na Przebraże, często byli tylko w bieliźnie i boso. Nie mieli żadnej żywności.  (...)  Nadchodziła zima, trzeba było jakoś zabezpieczyć się przed zimnem. Przy każdej wiejskiej chacie, powstało kilka nowych „domków”. Budowano je w pospiechu z byle czego. Niektórzy rozbierali pobliskie spalone szopy, stodoły, inni wycinali drzewa w lesie. Mój ojciec zbudował ziemiankę (około 3 x4,5 m) z surowych bali drzewa. Szpary zatkano mchem i gliną, a dach pokryto darniną. Piec również był z gliny, a jedyne okienko ze szkła wyjętego ze świętego obrazu. (...)Przebraże przetrwało, ponieważ było bardzo dobrze zorganizowane i strzeżone.   Dnia 5 lipca oddziały banderowskie zaatakowały Przebraże, ale zostały odparte. Poniosło jednak śmierć kilkuset Polaków z okolicznych wsi, dziesięć pobliskich miejscowości polskich zostało spalonych przez banderowców. Do największych walk o tę bazę samoobrony doszło 30 sierpnia.
 Banderowcy skoncentrowali wówczas ponad 4000 ludzi. Jednak część sił UPA została związana przez polską bazę w Rożyszczach, która zorganizowała odsiecz. Polacy otrzymali także pomoc od radzieckiego oddziału partyzanckiego, dowodzonego przez Nikołaja Prokopiuka. Te skoordynowane działania zmusiły banderowców do ucieczki. Od tego czasu nacjonaliści ukraińscy i „czerń” nie były w stanie poważnie zagrozić polskiej samoobronie w Przebrażu.  W czerwcu  Luboń skierował do walki znaczną część kadry dowódczej oraz całość sił wiejskich. Oficerowie z Inspektoratów Łuck i Równe objęli stanowiska dowódcze w ośrodkach samoobrony na północno-wschodnim Wołyniu, uznanym za najbardziej zagrożony. Doszło jednak do ostrego konfliktu pomiędzy Kazimierzem Banachem a płk. Kazimierzem Bąbińskim. Ten pierwszy postulował nawiązanie rozmów z Ukraińcami i znalezienie kompromisu, natomiast dowódca Okręgu AK propozycje te traktował jako zdradę. Delegat Rządu chciał także włączenia wszystkich sił AK do samoobrony ludności polskiej, podczas gdy płk „Luboń” zażądał przekazania do swojej dyspozycji mężczyzn w wieku od 18 do 40 lat, aby wykonać plan „Burza”. Energicznie sprzeciwiał się temu Banach, który uważał, że przeprowadzenie „Burzy” na terenie Wołynia znacznie pogorszy stan bezpieczeństwa ludności polskiej. Próby rozmów z przywódcami ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego zakończyły się tragicznie. W połowie lipca 1943 r. we wsi Kutycze pod Kowlem zostali zamordowani polscy negocjatorzy: przedstawiciel Okręgowej Delegatury Rządu Zygmunt Rumel („Poręba”) i Krzysztof Markiewicz („Czart”, „Boruta”). Wobec klęski koncepcji ugodowej wysuwanej przez K. Banacha, spór między „wojskiem” i „cywilami” został zażegnany i 19 lipca 1943 r. wydano wspólny rozkaz, zapowiadający zespolenie sił wojska (AK) i samoobrony.  20 lipca  zadecydowano o utworzeniu oddziałów partyzanckich na Wołyniu, znacznie za późno ale i tak nie było to bez znaczenia dla funkcjonowania poszczególnych Ośrodków Samoobrony Polskiej.   W  lipcu 1943, Okręgowa Delegatura Rządu na Wołyniu wydała instrukcje o tworzeniu baz samoobrony i oddziałów partyzanckich. Właśnie w tym czasie w rejonie na południu od Kowla zorganizowano placówki samoobrony we wsiach: Zasmyki, Janówka, Radomle, Lityń, Ossa, Wierzbiczno, Suszybaba, Lublatyn, Zielona, Różyn, Stara i Nowa Dąbrowa. Rejon ten wcześniej nie został zaatakowany przez sotnie UPA. Owszem miały miejsce mordy ale na pojedyncze osoby i  na uboczu.  Ośrodek Samoobrony w Zasmykach do którego  należały wsie: Janówka, Stanisławówka, Radomle, Lublatyn i nieco później miasteczko czeskie Kupiczów,  dzięki skierowaniu do niego najpierw por/ Władysława Czermińskiego i nieco później  por .Michała Fijałki,  dość szybko został ostoją dla uciekinierów z zaatakowanych przez UPA wsi. Tu też powstały jedne z pierwszych oddziałów partyzanckich AK  wspierających samoobronę. „Jastrzębia” ( dowodzony przez por. Władysława Czermińskiego)  i „”Sokoła” ( dowodzony przez Michała Fijałkę).   W Zasmykach operowały również oddziały por. Stanisława Kądzielawy „Kani”, pchor. Tadeusza Korony „Grońskiego”, które  wcześniej działały w Powórsku i okolicy. 31 sierpnia 1943 r. odziały  ( niedawno zorganizowane) „Jastrzębia” I Sokoła” w akcji wyprzedzającej rozbiły  skoncentrowane siły ukraińskie pod Gruszówką ( co najmniej dwie sotnie UPA i kilkaset osób z „czerni”).  25 grudnia 1943 r. samoobrony Janówki, Radomla i Zasmyk , przy wsparciu oddziału „Kani „ , mimo spalenia co najmniej połowy zabudowań, Radomla i Janówki rozbiły  dwu tysięczne zgrupowanie UPA, nie dopuszczając do Zasmyk.   19 stycznia 1944 r. oddziały Samoobrony Zasmyk, Janówki i Radomla ( bez udziału oddziałów partyzanckich AK) stoczyły zwycięską bitwę z Niemcami. Okupioną co prawda spaleniem połowy budynków we wsi i ofiarami w ludziach, ale w końcu Niemcy musieli się wycofać.  Bogumił Szarwiło wspomina: przybycie do Zasmyk  Jastrzębia i później Sokoła , dwóch bardzo mądrych ludzi , przyczyniło się do tego, że wreszcie poczuliśmy się bezpieczniejsi. Oni na prawdę wiedzieli co robić, by bulbowcy nie czuli się tacy pewni jak to było wcześniej. Zwycięska bitwa pod Gruszówką, mimo ofiar, dała nam nadzieję na przetrwanie. Nasz oddział samoobrony rozrastał się z dnia na dzień, mimo, że młodzi uciekali nam do oddziału Jastrzębia.  Mimo to  stoczyliśmy nawet zwycięską bitwę z Niemcami.  W powiecie kostopolskim  jednym z bardziej znanych ośrodków samoobrony była  Huta Stepańska, gdzie schroniło się od 16000 do 18000 ludności polskiej. Samoobroną dowodził kpt. Władysław Kochański ps. Bomba”. 7 lipca UPA rozpoczęła koncentrację w tym rejonie, a 16 lipca banderowcy, przygotowując się do ataku, spalili 15 miejscowości przylegających do Huty Stepańskiej. Uderzenie rozpoczęło się tego samego dnia. Dwa dni później, 18 lipca, dowództwo samoobrony, widząc przewagę Ukraińców, zdecydowało się na przerwanie pierścienia okrążenia. Plan ten powiódł się. Ludność cywilną ewakuowano w rejon Wydymaru pod Włodzimiercem, skąd rozjechała się do Kowla, Sarn i Przebraża. W obronie Huty Stepańskiej zginęło około 40 osób. Natomiast ponad 300 zostało wymordowanych przez banderowców, kiedy przed przerwaniem okrążenia doszło do paniki i część ludności próbowała ucieczki z zagrożonej miejscowości.  Skutki tego wydarzenia opisuje:  Marceli Jankiewicz : W Krzeszowie zorganizowano samoobronę, ale była ona zbyt słaba i słabo uzbrojona by przeciwstawić się, licznym i dobrze uzbrojonym bandom ukraińskim. Podobna samoobrona była w pobliskim Karaczunie. Po upadku lepiej uzbrojonych rejonów samoobrony w Hucie Stefańskiej i Wyrce, gdzie po trzydniowych walkach z przeważającymi siłami napastników ukraińskich Polacy ponieśli klęskę, ludność Krzeszowa i Karaczuna zdecydowała się opuścić swe rodzinne strony.(...). W tych okolicznościach mieszkańcy Krzeszowa i Karaczuna zdecydowali się na dobrowolny wyjazd na roboty do Niemiec i zostali wywiezieni transportem kolejowym ze stacji w Małyńsku w dniu 26 VII 1943 r.  Szczególnie duża baza powstała w rejonie Starej Huty ( pow. kostopolski), gdzie 14 wsi utworzyły wspólny system obrony z ośrodkiem dowodzenia w Starej Hucie.  Z bazą tą związany był jeden z największych oddziałów partyzanckich AK „Bomby” ( dowodzony przez kpt. Władysława Kochańskiego) liczący blisko 500 żołnierzy.  Przybycie ludzi Kochańskiego stanowiło ogromne wsparcie dla obrońców. Cichociemny rozpoczął od reorganizacji oddziału. Henryk Słowiński, jeden z podkomendnych Bomby, wspomina:  w Starej Hucie liczba żołnierzy wzrosła do 400, a niektórzy mówią, że nawet 600. I wtedy trzeba było to jakoś zreorganizować, powstały dwie kompanie, które stworzyły batalion. Bataliony na ogół po 400 ludzi, kompanie po około 100 ludzi, kompanie były liczne.  Kochański postanowił ufortyfikować bazę,  wybudować bunkry, rowy strzeleckie, tworząc system ochronny, wspomagany przez zwiad konny oraz czujki rozstawione we wszystkich kierunkach. Obóz oddziału zorganizowany na skraju wioski został ubezpieczony cekaemami oraz moździerzami.   Zorganizował szycie mundurów, produkcję obuwia i siodeł oraz rusznikarnię.. W celu zabezpieczenia aprowizacji  powstała piekarnia i masarnia. Tak zorganizowana baza skutecznie broniła się przed atakami OUN-UPA.
Silny Ośrodek samoobrony powstał we  wsi Bielin w powiecie włodzimierskim współdziałający z oddziałem  AK „Piotrusia”.” dowodzony przez ppor.  Władysława Cieślińskiego ps. „Piotruś”, liczący 80 ludzi , ze Spaszczyzny.  Wspomina   Leon Laskowski:  Była to duża wieś licząca prawie 500 mieszkańców. Zaczęła też do niej napływać ludność z innych polskich wsi z południowej części powiatu włodzimierskiego i tworzyć się baza samoobrony „Bielin”, którą niektórzy nazywali „Rzeczpospolitą Bielińską”. Do naszej samoobrony, oprócz Bielina, należały także kolonia Marianówka Bielińska, wieś Smolarze, kolonie Wodzinek i Wodzinów, osady Kalinówka oraz kolonie Stasin i Sieliski. Dowódcą był starszy ogniomistrz w stanie spoczynku Jan Wyszomirski „Mirek”, członek konspiracji. Broń dostarczano nam z Włodzimierza. Tamtejsze struktury AK wszystko, co zdobyły, kierowały na Bielin. Przez cały dzień i noc trzymaliśmy warty, żeby nie dać się zaskoczyć Ukraińcom. Wszyscy mieszkańcy wsi znajdujących się na terenie naszej bazy udzielali schronienia wszystkim Polakom, którym udało się uciec z miejscowości zagrożonych rzeziami. Dzielili się z nimi pożywieniem czy ubraniami. W domu u Hypsiów urządzono izbę chorych, których leczył Żyd z Włodzimierza, dr Podlipski. W sierpniu 1943 r. Ukraińcy usiłowali rozbić Bielin, ale naszą samoobronę wspomógł oddział żandarmerii polskiej utworzonej we Włodzimierzu i ich atak odparliśmy. Dla większego bezpieczeństwa w Bielinie powstał też jej oddział liczący 15 osób. Stanowił przykrywkę dla naszej samoobrony, a jego obecność ułatwiała posiadanie broni. Od początku z samoobroną bielińską współpracował oddział partyzancki dowodzony przez ppor. Władysława Cieślińskiego „Piotrusia”. Krążył on nieustannie po terenie, rozpoznawał zagrożenia, maszerując przez ukraińskie wioski oddziaływał na ich mieszkańców psychologicznie. Ten sam oddział Ukraińcy brali za kilka znajdujących się stale w okolicy. Dzięki temu samoobrona w Bielinie przetrwała, a zgromadzona w niej ludność uniknęła rzezi. Jak jednogłośnie oceniają historycy, d o ważniejszych baz samoobrony na Wołyniu należały:
    * w powiecie dubieńskim: Pańska Dolina.
    * w powiecie horochowskim: Zaturce
    * w powiecie kostopolskim: Huta Stara, Huta Stepańska-Wyrka
    * w powiecie kowelskim: Zasmyki, Dąbrowa
    * w powiecie krzemienieckim: Dederkały, Rybcza
    * w powiecie lubomelskim: Jagodzin-Rymacze
    * w powiecie łuckim: Przebraże, Antonówka Szepelska, Rożyszcze
    * w powiecie sarneńskim: Antonówka
    * w powiecie włodzimierskim: Bielin-Spaszczyzna, Andresówka
    * w powiecie zdołbunowskim: Witoldówka, Ostróg n. Horyniem
W tym miejscu warto zauważyć, że w lipcu 1943 r. na Wołyniu istniało 128 samoobron , wobec 3400  miejscowości zamieszkałych przez Polaków.    Tu wyraźnie widać, że  nakazy Komendanta OW AK z kwietnia i maja nie znalazły posłuchu w powiecie lubomelskim, tam  samoobrona pojawiła się dopiero we wrześniu. Mimo istnienia siatki konspiracyjnej,  Ukraińcy  wymordowali Polaków  w drugiej połowie 1943 r., bez żadnego oporu  z ich strony. W 4 miejscowościach zginęło powyżej 100 osób, w tym w Ostrówkach 521 a w Woli Ostrowieckiej 628 Polaków. Zaatakowano 50 miejscowości. Na terenie powiatu lubomelskiego ofiarą zbrodni padło 2242-2346 Polaków (ustalona, minimalna liczba ofiar)   Dowódca kurenia „Łysy” pisał w sprawozdaniu do kierownictwa OUN: „(…) 29 sierpnia 1943 r. przeprowadziłem akcje we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki głowniańskiego rejonu. Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem dla potrzeb kurenia”[  Dowodzi to tego, że  część Polaków nie czyniła nic, licząc, że ich to ominie. Właśnie w  II połowie 1943 roku, w końcu lipca i w sierpniu, a w powiecie lubomelskim we wrześniu, Armia Krajowa Okręg Wołyń zorganizowała oddziały partyzanckie, które choć z założenia były przeznaczone do walki z Niemcami, to w sytuacji masowych mordów musiały bronić ludności przed UPA.  Niestety do ich organizacji przystąpiono dopiero wtedy, gdy przez cały Wołyń, przetoczyły się masowe mordy, pochłaniając tysiące ofiar. Znaczna część tych oddziałów powstała dzięki zaistnieniu  placówek samoobrony, do których uciekali mieszkańcy zaatakowanych wiosek.  Były to następujące akowskie oddziały partyzanckie (OP - oddziały partyzanckie; skrót nie używany w literaturze powszechnej):
◦OP „Jastrząb”, którego dowódcą był por. Władysław Czermiński „Jastrząb”, operował w Zasmykach i okolicy (pow. kowelski) od lipca 1943 r.;
◦OP „Łuna”, dowodzony najpierw przez ppor. Jana Rerutkę „Drzazgę”, a po jego zamordowaniu przez partyzantów sowieckich przez por. Zygmunta Kulczyckiego „Olgierda”, był związany w kolejności z Antonówką Szepelską i Przebrażem w pow. łuckim, w listopadzie i grudniu przebywał także w Pańskiej Dolinie; początki tego oddziału datowane są na maj 1943 r., ale pełny stan został osiągnięty w lipcu 1943 r.;
◦OP „Bomba”, zorganizowany z ocalałych ludzi po rozbiciu Huty Stepańskiej w lipcu 1943 r. i dowodzony przez kpt. Władysława Kochańskiego „Bombę”, „Wujka”, operował w Hucie Starej i okolicy (pow. kostopolski); po porwaniu „Bomby” przez sowiecki oddział partyzancki dowodzenie oddziałem przejął por. Feliks Szczepaniak „Słucki”; pododdział OP „Bomby”, którym dowodził por. Zenon Blachowski „Strzemię” od września do końca grudnia 1943 r. stacjonował w Rudni Lwie w pow. sarneńskim;
◦OP „Gzyms”, jego dowódcą był por. Franciszek Pukacki „Gzyms” działał od sierpnia 1943 r. w rejonie Ostroga n. Horyniem, będąc związanym z wsią Stójło i kolonią Witoldówka w pow. zdołbunowskim;
◦OP „Sokół”, dowodzony przez por. Michała Fijałkę „Sokoła”, działał w rejonie Zasmyk i Kupiczowa w pow. kowelskim od sierpnia 1943 r.
◦OP „Piotruś”, którego dowódcą był ppor. Władysław Cieśliński „Piotruś”, operował od sierpnia 1943 r. w okolicy Bielina-Spaszczyzny w pow. włodzimierskim;
◦OP „Kord”, dowodzony przez por. Kazimierza Filipowicza „Korda” związany ośrodkiem Jagodzin-Rymacze w pow. lubomelskim, powstał najpóźniej - we wrześniu 1943 r.
Oprócz wymienionych oddziałów partyzanckich, najliczniejszych i odgrywających wiodącą rolę w obronie ludności polskiej przed nacjonalistami ukraińskimi, okresowo działały też mniejsze, niektóre z nich po pewnym czasie dołączały do tych głównych. Pańskiej Doliny bronił oddział AK chor. Kornela Lewandowskiego „Spalonego”. W Zasmykach operowały oddziały por. Stanisława Kądzielawy „Kani”, pchor. Tadeusza Korony „Grońskiego” (oddziałki dwu ostatnich wcześniej działały w Powórsku i okolicy), Stanisława Stachurskiego „Jagody”. Ośrodek Dąbrowa w pow. kowelskim od sierpnia 1943 r. opierał się na oddziale partyzanckim sierż. Stanisława Kurzydłowskiego „Jurka”. Od połowy stycznia do marca 1944 r. ludność Rożyszcz ochraniał zorganizowany przez Jana Garczyńskiego „Gryfa”, „Lamę” oddział partyzancki AK, wcześniej stacjonujący w lasach retowskich i współdziałający z okolicznymi placówkami samoobrony. Dodatkowe znaczenie psychologiczne miało stacjonowanie w Bindudze w pow. lubomelskim (niedaleko Jagodzina i Rymacz) oddziału partyzackiego AK ppor. Stanisława Witamborskiego „Małego”, zabezpieczającego przeprawy przez Bug i będącego w związku operacyjnym z oddziałem „Korda”. Od lipca 1943 r. do stycznia 1944 r. z przerwami samoobronę w Witoldówce i Ostrogu n. Horyniem (pow. zdołbunowski) wspomagał niewielki oddział AK Wacława Wiarkowskiego „Paluszka”. Wymienione dotąd oddziały partyzanckie AK, współdziałające z ośrodkami (bazami) samoobrony, przyczyniły się do przetrwania do 1944 r. większości z nich. Należy jeszcze wymienić małe jednostki partyzanckie (30-40-osobowe), które w drugiej połowie 1943 r. do stycznia 1944 r. chroniły ludność polską kilku małych osiedli, tj. w okolicy Lubomirki oddział partyzancki AK Ryszarda Walczaka „Ryszarda” i oddział partyzancki sierż. Włodzimierza Kopijkowskiego oraz koło kolonii Osty (gm. Niemowicze, pow. sarneński) oddział, którego dowódca nie jest znany. Warto zauważyć, że na terenie powiatu horochowskiego i krzemienieckiego nie działał żaden oddział partyzancki AK. Dlatego też przetrwanie do 1944 r. dwóch ośrodków samoobrony w Krzemienieckiem, Rybczy i Dederkał, uważane przez ocalonych za cud, zawdzięcza się odwadze, sile ducha i mądrej taktyce przywódców tych samoobron. Skuteczność oddziałów partyzanckich dla ochrony skupisk ludności polskiej, które gromadziły się w punktach samoobrony, polegało na ich ruchliwości, ciągłym przemieszczaniu się wokół nich, niedopuszczaniu do zbliżania  się bojówek upowskich, ich likwidacji przy próbach podejścia, w razie dużego napadu na zażartej walce.  We wszystkich oddziałach partyzanckich do stycznia 1944 służyło maksymalnie 1500 osób, mając przeciwko sobie co najmniej 15 tys. członków UPA. Samoobrona i oddziały partyzanckie powstały zbyt późno i były zbyt małe, by zapobiec zbrodniom. Według ustaleń Siemaszków w walkach samoobrony z UPA zginęło co najmniej 262 Polaków i co najmniej 311 członków UPA. Straty wśród cywilów wynosiły: 60 tys. ofiar ludności polskiej i 2-3 tys. ofiar ludności ukraińskiej zabitej w akcie polskiego odwetu.  Z powstałych pojedynczych placówek samoobrony do wkroczenia na tereny Wołynia przetrwało tylko kilkanaście, natomiast w przypadku większych baz samoobrony (składających się z kilku sąsiednich wsi polskich otoczonych różnego rodzaju umocnieniami polowymi) wspomaganych przez oddziały partyzanckie na ogólną liczbę 16, rozbite przez UPA zostały tylko dwie: Huta Stepańska  w pow. Kostopol i Antonówka pow. Sarny.  W styczniu 1944 z oddziałów partyzanckich na tym terenie utworzono 27 Wołyńską Dywizję Piechoty, a nieco później  do dywizji włączono również oddziały samoobrony ( tak przynajmniej było w okolicy Zasmyk,  w zagrożonych rejonach samoobrony pozostały do przejścia frontu). Tworzone dwa zgrupowania „Gromada” i :Osnowa: za punkt zbiorczy miały Zasmyki i Bielin , wsie polskie z polskimi przyległościami, wcześniej pełniące funkcje baz samoobrony, przyciągały z okolicy uchodźców przed napadami UPA, co nasiliło się z chwilą koncentracji oddziałów partyzanckich i stworzeniu 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, licząc na wzmocnienie bezpieczeństwa. Dywizja wprawdzie była przeznaczona do walki z Niemcami (co nie należy do tematu referatu, a więc nie jest omawiane), ale sytuacja wymuszała także starcia z UPA, która utrudniała wystąpienia przeciw Niemcom. Starcia AK z UPA, naturalnie, znacznie poprawiły bezpieczeństwo polskich cywili. Dość rozległy teren wokół Bielina i Zasmyk był stale patrolowany, na każde pojawienie się zbrojnych grup ukraińskich reagowano ostrzałem. Ludność cywilna, choć skupiona w dużym zagęszczeniu, odzyskała poczucie bezpieczeństwa. Jednakże warte uświadomienia jest to, że parasol ochronny przed UPA ze strony Dywizji obejmował tylko dwa małe skrawki Wołynia. Polacy na pozostałych terenach Wołynia w tym czasie, byli niemalże bezbronni. Tereny wiejskie były opuszczone przez Polaków, którzy ocalili życie. Ci, którzy nie zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy lub nie uciekli do Generalnego Gubernatorstwa, usadowili się w miastach i miasteczkach, w których stały załogi niemieckie. Gdy front się przybliżał, Polacy wycofywali się wraz z Niemcami na zachód i szukali nowych miejsc do zatrzymania się. Po drodze oczywiście ginęli. Kilkanaście miejscowości na wschód od terenu operowania Dywizji broniło się w powiecie łuckim (baza Rożyszcze), wyczekując nadejścia wojsk sowieckich, których obecność oznaczała tępienie UPA, a więc zmniejszenie zagrożenia ze strony nacjonalistów ukraińskich. Ale przesuwanie się frontu spowodowało także przesuwanie się na zachód zgrupowań UPA, co dla Dywizji stało się problemem, bowiem została otoczona dużymi siłami UPA - miejscowymi i przybyłymi. Zgrupowanie „Osnowa” i „Gromada” zostało rozcięte przez „upowski” korytarz, który utrudniał komunikację i łączność między zgrupowaniami.. Dywizja podjęła więc działania zmierzające do poszerzenia tzw. bazy operacyjnej, czyli wypchnięcia UPA z terenów, które Dywizji były potrzebne do zwalczania przeciwnika niemieckiego oraz dla własnego  bezpieczeństwa.

/ Żołnierze  z oddziału Bomby ( W. Kochańskiego) . Zdjęcie z książki „AK 75. Brawurowe akcje armii Krajowej"

Przeprowadzono więc kilkanaście akcji wymierzonych w UPA.   Ale nawet, gdy następowało usunięcie się większego zgrupowania upowskiego, to pozostawały niewielkie bojówki, które w _ W ten sposób UPA oszczędzała siły i minimalizowała straty, ale nie rezygnowała z nękania polskiej ludności i utrudniania angażowania się Dywizji w walki z Niemcami. Niestety w kwietniu 1944 r. nastąpił koniec opieki Dywizji nad ludnością cywilną.  Wojsko musiało realizować zadania frontowe z dala od  poskich wiosek.  Janina Szarwiło: Po odejściu dywizji Janówka podobnie jak i sąsiednie wsie stały się bezbronne. Pozostały tu jedynie kobiety z dziećmi i starcy. Mąż przy ostatnim pożegnaniu dał mi dla obrony pistolet i dwa granaty. Nie było to nic wielkiego ale jednak byłam trochę pewniejsza ale do czasu. Pewnej nocy jakiś czas po przejściu przez nasze tereny frontu, gdy już wszyscy położyliśmy się spać, obudził nas łomot do drzwi. W naszym domu oprócz mojej mamy i mojego małego syna było sporo innych dzieci, w tym sierot z Wierbiczna.. Przez okno dostrzegłam, że pod drzwiami stoi znaczna grupa uzbrojonych i nieznanych ludzi. Zapadła decyzja, dzieci otwierają wszystkie okna i uciekają a ja wchodzę na strych i  w przypadku wyłamywania drzwi, rzucam granaty. Krzyki uciekających dzieci  „bulbowcy, bulbowcy....” spowodowały wystrzelenie w niebo kilku serii ze strony nieznajomych i decyzję odjazdu. Nie wiedzieliśmy dokładnie kto to był, ale już następnego dnia przeprowadziliśmy się do rodziny zamieszkałej w środku wsi. Za przesuwającym się frontem niemiecko-sowieckim na „wyzwolone” tereny wkraczały wojska NKWD i zaprowadzały nowy sowiecki terror. Okres ten był nazywany przez ludność polską Wołynia drugą okupacją sowiecką. Dowódcy i członkowie kierownictwa samoobron oraz członkowie konspiracji AK byli aresztowani, osadzani w więzieniach i zsyłani w głąb Związku Sowieckiego.  Funkcjonowanie  Samoobrony ludności polskiej na Wołyniu wyraźnie można podzielić na    trzy okresy. I – wiosna 1943 r. II – druga połowa roku 1943 do marca 1944. III – połowa  roku 1944 i 1945 . Każdy z tych okresów charakteryzują inne uwarunkowania stąd i różną efektywność obrony. W pierwszym z tych okresów mieszkańcy osiedli wiejskich pozbawieni jakiegokolwiek wsparcia i pomocy wszystko czynili bardzo spontanicznie. Nie wszyscy byli w stanie dokonać trafnej oceny sytuacji i poczynić stosowne przygotowania. Warto pamiętać o ograniczonych możliwościach  Polaków w pozyskaniu zarówno uzbrojenia jak i przygotowaniu skutecznej obrony. W drugi okresie samoobrony zostały wsparte przez konspirację AK. Zostali skierowani oficerowie do organizacji Ośrodków Samoobrony  ( dla kilku wsi) i tworzenia oddziałów partyzanckich wspierających działania obronne. Trzeci okres to czas po odejściu Dywizji z którą często odeszły oddziały samoobrony i okres po tzw. „wyzwoleniu”  ( określany drugą sowiecką okupacją),.  Wsie polskie znalazły się bez żadnej ochrony, sowieckie siły porządkowe były nie liczne i nie były w stanie zapewnić bezpieczeństwa, a zagrożenie ze strony UPA nie znikło. W tej sytuacji polska młodzież do 17 roku życia chcąc zapewnić bezpieczeństwo swoich bliskich zgłaszali się, czasem byli mobilizowani, do tzw. „Istrybitielnych Batalionów” gdzie otrzymywali broń która dawała taką szansę. Istriebitielnyje (od ros. słowa „niszczyć”) Bataliony  zostały utworzone na mocy rozkazu Rady Komisarzy Ludowych z 24 czerwca 1941 roku. Zadaniem tych paramilitarnych jednostek złożonych z lokalnych mieszkańców była pomoc regularnym oddziałom NKWD w „czyszczeniu” terenów zafrontowych z elementu antysowieckiego.   IB złożone z Polaków, którzy nie byli umundurowani, nie pobierali żołdu, nie składali przysięgi, przebywali w swoich miejscowościach, nie byli więc funkcjonariuszami NKWD, dzięki legalnemu posiadaniu broni uratowali życie wielu polskim rodzinom. Żołnierze ci brali udział w walkach z ukraińskimi oddziałami ludobójczymi, wielu z nich poległo. Bronili Polaków przed torturami wymyślonymi przez samo piekło, a stosowanymi przez  UPA. . Opowiada Tadeusz Banasiewicz ze wsi Cegielnia w powiecie kowelskim. To była klasyczna wiejska samoobrona. Siedzieliśmy po kilku we wsi i czekaliśmy na Ukraińców. Mieliśmy opracowany system alarmowy. Jedna raca oznaczała niebezpieczeństwo, a trzy – poważne kłopoty. Wtedy członkowie batalionów z sąsiednich wsi powinni przybyć z odsieczą. (..)– Wpuścili nas do magazynu pełnego rozmaitego wojskowego sprzętu. Część broni została po Niemcach, była też broń sowiecka. Ja wybrałem automat SWT-10. Każdy mógł do tego wziąć kilka granatów i amunicję. Potem przez cztery dni pod okiem sowieckiego podoficera połowicznie nas przeszkolono. (…)– Nie będę ukrywał: byliśmy zachwyceni, że ktoś dał nam do ręki broń. Kto to zrobił, nie miało dla nas znaczenia. Gdy dostałem karabin, wiedziałem już, że nie zostanę zarżnięty jak prosię. Od razu zdecydowałem, że ostatni pocisk zostawiam dla siebie. Że nie dostanę się w ich ręce żywcem. ( Z rąk Ukraińców zginęli oboje rodziców) Stanisław  Sobolewski z Placówki Samoobrony w Słobodarce : Zarządzono mobilizację do I Armii Wojska Polskiego, wszystkich mężczyzn od 18-tego do 60-tego roku życia i samotnych kobiet, na ochotnika.  Tu znajdowała się stacja kolejowa i transportem kolejowym wysyłano powołanych do wojska , do Rosji do  Sum  skąd  po przeszkoleniu  ( a trwało  to około 2 miesiące) i umundurowaniu  wysyłano na front.. (...). Wielu z naszej Placówki też zostało powołanych do wojska. Mnie i jeszcze innych ze względu na nie ukończeniu 18 lat oraz mężczyźni  po 60-tym roku życia , nie wzięto do wojska. Dlatego pozostaliśmy  w obronie cywilnej ludności. Oczywiście  Sowieci  wprowadzili własne porządki, i nie nazywała się to już samoobrona , a „Istriebitielnyje  Bataljony” potocznie zwane „Strypkami” W naszym oddziale było ok.40 osób. Naszą siedziba dalej mieściła się w budynku u Sienkiewicza. Były cały czas warty- przy Placówce warta alarmująca, na początku, w środku i na końcu wioski. Udzielaliśmy ochrony rodzinom, które uciekały z wiosek, gdzie dalej napadały bandy UPA przed zamordowaniem i schroniły się w naszej wiosce. Natomiast cały sztab  mieścił się w Rożyszczach. Było w nim właśnie sporo żołnierzy tych „starszych”  którzy podejmowali decyzje w sprawie pomocy ludności cywilnej. Dzieci-sieroty  zawoziliśmy do Łucka do sióstr zakonnych, które zapewniały im opiekę, pamiętam,  że było dużo tych  sierot. Natomiast samotnym matkom  z dziećmi  jak również osobom  starszym, przeważnie pomagaliśmy   osiedlić  się w pozostawionych  wolnych budynkach w Rożyszczach  gdzie było znacznie  bezpieczniej. Kiedy zaczęto wysiedlać rodziny polskie z ziem wschodnich , a zaczęło się to wiosną 1945r.,to 8 maja 1945r rozwiązano   Istriebitielnyje  Bataljony    i musieliśmy zdać posiadaną broń. (.. Niepublikowana relacja w rękach autora) Niestety dziś są jednak ludzie, którzy uważają, że bataliony były jednostkami kolaboracyjnymi. Świadczy to tylko o braku wiedzy na temat realiów tamtego czasu, kiedy los Polaków był tak niepewny. Leon Popek, historyk z Instytutu Pamięci Narodowej, wskazuje na trudną sytuację ludności cywilnej po przejściu frontu. - Po zmobilizowaniu mężczyzn do Armii Czerwonej na tych terenach pozostały tylko dzieci, młodzież, starcy i kobiety. W dalszym ciągu istniało zagrożenie ze strony ukraińskich nacjonalistów. UPA wcale nie przestała mordować - po przejściu frontu wręcz nasiliła ataki i palenie polskich wsi. Polacy: młodzież, harcerze oraz starcy, wstępowali więc do tych Istriebitielnych Batalionów, nieraz legalizując broń, którą posiadali lub którą zostawili im starsi koledzy z AK, by bronić swoich rodaków - informuje Popek. Ewa Siemaszko: - Po wejściu i opanowaniu tych ziem przez Sowietów wszyscy mężczyźni od 18. do 50. roku życia zostali wcieleni do armii Berlinga, a nawet wprost do Armii Czerwonej. W związku z tym ludność polska, która ocalała, skupiona w miastach, miasteczkach czy wioskach, stała się bezbronna. Tę bezbronność wykorzystali Sowieci, proponując Polakom wstępowanie do Istriebitielnych Batalionów . (…)Dodaje jednocześnie, że na pewno taki zaciąg nie był masowy. - Nie mogło być to masowym zjawiskiem, bo już nie zostało zbyt wielu ludzi, którzy się nadawali do służby w IB. O masowości absolutnie tutaj mówić nie można - podkreśla Siemaszko. Monika Śladewska: Żołnierze ci brali udział w walkach z ukraińskimi oddziałami ludobójczymi, wielu z nich poległo. Bronili Polaków przed torturami wymyślonymi przez samo piekło, a stosowanymi przez tzw. UPA, z tego tytułu przysługuje im prawo do czci i chwały. (…)…czeka on na rzetelne opracowanie przez historyków kierujących się polską racją stanu, dotyczy on około 30 tys. ludzi kresowej samoobrony ( liczba dla całych Kresów Południowo - Wschodnich - red) , działającej od 1944 r. do czasu ekspatriacji Polaków na Ziemie Odzyskane. Reasumując  powstanie samoobrony na Wołyniu poważnie ograniczyło rozmiary polskich strat, ale nie zapobiegło ludobójstwu Polaków. Oczywiście patrząc na wszystko z perspektywy czasowej, łatwo zauważyć bardzo wiele błędów ze strony Polskiego Państwa Podziemnego  jak i ze strony samych mieszkańców Wołynia. Niniejszy tekst jest jednak poświęcony pamięci i w hołdzie  żołnierzom  Samoobrony Polskiej  na Wołyniu. Potomkom  Powstańców Styczniowych, Legionistom, rezerwistom WP II RP i wielu Patriotom Kresów, którzy przelali krew za Polskę i Polaków. Piszę to w imieniu potomków żołnierzy samoobrony i tym samym 27 WDP AK, państwo polskie zapomniało o tych patriotach z Wołynia,  mimo, że mamy rok obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Poprawność polityczna, tak jak wtedy tak i teraz jest ważniejsza od pamięci i szacunku dla ofiar  złożonych przez prawdziwych patriotów w imię niepodległości i suwerenności Rzeczypospolitej.


Powyższy tekst został napisany przez potomka żołnierzy samoobrony i 27 WDP AK w oparciu o relacje i wywiady uczestników opisywanych wydarzeń i bibliografię.
Zygmunt Bukowski - „ Poroda” Wrocław 2008 r.
Ewelina Hajdamowicz, z domu Bagińska -MOJA OSTATNIA NOC W LIPNIKACH - byłam świadkiem... http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/lipniki-hajdamowicz.html
Urodziłem się na Wołyniu”- http://www.wolyn.btx.pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/397-urodziem-si-na-woyniu.html
Grzegorz Motyka- „Kolaboracja na Kresach Wschodnich  II Rzeczypospolitej 1941–1944 „
Tragiczna niedziela 11 lipca- Marek A. Koprowski- http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/tragiczna-niedziela-11-lipca
Czesław Piotrowski- „Przez Wołyń i Polesie na Podlasie”
Fragment wspomnień Genowefy Halkiewicz  opublikowane w „Dzieci Kresów II” L. Kulińskiej
Fragment: opracowania mieszkańca Krzeszowa Marcelego Jankiewicza syna Adama i Marianny z Zarębińskich ur. 26 IV 1920 w Krzeszowie. Po wojnie zamieszkały w Ząbkowicach Śląskich - http://wolyn.ovh.org/opisy/krzeszow-03.htm)
Fragment: opracowania mieszkańca Krzeszowa Marcelego Jankiewicza syna Adama i Marianny z Zarębińskich ur. 26 IV 1920 w Krzeszowie. Po wojnie zamieszkały w Ząbkowicach Śląskich - http://wolyn.ovh.org/opisy/krzeszow-03.htm)
Fragment wspomnień Leona Laskowskiego za: http://cyfroteka.pl/catalog/ebooki/84378/99621/ff/101/Wolyn._Epopeja_polskich_losow_1_split_001.html
Władysław Filar,: „Wołyń 1939-1944”  Toruń 2003,  
Ewa Siemaszko: „  Obrona ludności polskiej na Wołyniu przed zbrodniczymi działaniami nacjonalistów ukraińskich”  -   http://nawolyniu.pl/ksiazki/pliki/pamiec.pdf
Piotr Zychowicz   „Z wrogiem na wroga”
za: http://www.nawolyniu.pl/artykuly/bataliony.htm
Monika Śladewska „ Istriebitielne Bataliony”  Tygodnik „Przegląd”- 12/2010


enfrdeitptrues

75. rocznica ludobójstwa

Reklama

 

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2331191

Odwiedza nas 150 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online