Co drugą noc, na zmianę z moim ojcem, brałem karabin na plecy i chodziłem na placówkę. Razem z innymi Polakami trzymaliśmy wartę, chroniąc się w ten sposób przed napadem band ukraińskich - wspomina Apolinary Kuliczkowski, Kresowiak z Jazłowca, dziś mieszkaniec Wrocławia.

Zamilkły ostatnie strzały lipcowej ofensywy 1944, wyzwalającej Jazłowiec i całe tereny województwa tarnopolskiego spod niemieckiej okupacji. Około połowy sierpnia 1944 rozniosła się wieść o mobilizacji Polaków do wojska. W pewny letni, ciepły dzień sierpniowy zebrało się mnóstwo ludzi, przeważnie Polaków, przed gmachem Rady Narodowej Jazłowca. Przewodniczącym rady był wówczas mój stryj Kazimierz Kuliczkowski. Opodal stali młodzi mężczyźni, którzy mieli iść na wojnę. Piękna to była grupa młodych ludzi, w wieku od 18 do 35 lat. Śmiech i wesołe dowcipy krążyły bez przerwy wśród potencjalnych żołnierzy. Tylko w oczach matek, żon i narzeczonych można było zauważyć łzy.

Przed gmach miejskiej Rady Narodowej wyszedł mój stryj. Zapadła cisza. W uroczystych słowach, po polsku, przemówił do zgromadzonych jazłowiczan. Mówił o Polsce, o wojsku polskim, o wrogu, który zniszczył nasz kraj, o tym, że musimy walczyć aż do ostatecznego zwycięstwa. Piękna to była chwila. Po przemówieniu ktoś zaczął śpiewać "Jeszcze Polska nie zginęła”... Po raz pierwszy po pięciu latach niewoli publicznie na jazłowieckim rynku wydarły się z setek polskich ust słowa "Mazurka Dąbrowskiego”. Nigdy nie zapomnę tych rozognionych twarzy, tych błyszczących oczu, pełnych łez wzruszenia i radości. Mężczyźni, kobiety, chłopcy, dziewczęta, dzieci - stali wszyscy nieruchomo, wyprężeni, z podniesionymi głowami i śpiewali polski hymn.

Po latach strachu, rozgoryczenia, upokorzenia, po wszystkich tych przeżyciach ciemnej okupacyjnej nocy, znowu mu, Polacy możemy walczyć o naszą przyszłość, o naszą niepodległość. Słowa hymnu i wzrok tych przepięknych śpiewających postaci mówiły nam, młodym wszystko. Rozbłysła przed nami jutrzenka swobody. Wiedzieliśmy, że znów mamy Polskę. Nie przeczuwaliśmy nawet, jakie ciemne chmury nadciągają nad nasz polski naród, przebywający na Kresach dawnej Rzeczypospolitej.

Dni niepokoju i grozy

Ciemne chmury nadciągnęły nad Jazłowiec po przesunięciu się nawałnicy frontowej już we wrześniu 1944, tuż po mobilizacji młodych mężczyzn do polskiej armii, utworzonej na terenie Związku Radzieckiego. Ukraińskie ugrupowania, skrajnie szowinistyczne, nienawidzące Polaków, zaczęły grasować i niszczyli wszystko, co polskie. Polskie wsie, polskie miasta, polskie pamiątki narodowe, a przede wszystkim samych Polaków.

Zaczęły się dni niepokoju i grozy. Nie było tygodnia, a w końcu dnia, w którym nie słyszałoby się o napadach na Polaków, polskie wsie, o morderstwach indywidualnych, grupowych i zbiorowych całych polskich rodzin i osiedli. Perfidne i wyuzdane metody mordowania, w których wydłubywano oczy, odcinano języki, przecinano człowieka piłą na pół, łamano ręce i nogi, palono żywcem, przypominały średniowieczne metody tortur i mordów, stronice Sienkiewiczowskiego dzieła o buntach kozackich. Tak mordowali w połowie XX wieku, znajdując upust w swoim sadyzmie i nienawiści do wszystkiego, co z Polski i polskie.

W tej sytuacji nie pozostało Polakom nic innego, jak stworzenie zorganizowanej samoobrony. W połowie września 1944 komitet samoobrony, składający się z doświadczonych i przeszkolonych w przedwojennym wojsku polskim mężczyzn, postanowił uchronić miasto od najazdu ukraińskich band. Utworzono dookoła Jazłowca placówki w domach wysuniętych na krańcach miasteczka. W każdym domu wydzielono pomieszczenie przeznaczone wyłącznie dla wartowników. Na każdej placówce trzymało wartę codziennie i każdej nocy około 15 mężczyzn. Wartownicy byli uzbrojeni w karabiny, automaty i granaty ręczne.

Codziennie po zapadnięciu zmroku odbywały się w centrum miasta, w centralnej wartowni, zbiórki z udziałem komendantów wartowni, na których odczytywano rozkaz dnia. Informowano w tym rozkazie o zaszłościach, które wystąpiły w dniu bieżącym, o rozmieszczeniu wart i ich odcinkach, które zobowiązane były nadzorować, oraz podawano obowiązujące danej nocy hasło. Uroczystość zbiórki-apelu była pełna napięcia i uwagi. Nikt poza wartownikami hasła nie znał, a tym samym od zmroku do godzin porannych po miasteczku mogli poruszać się tylko uczestnicy samoobrony.

Goniec niesie hiobową wieść

Zaczęto mówić o ewakuacji Polaków z ziem wschodnich do Polski centralnej. Jako 16-letni chłopiec nie bardzo orientowałem się, co to jest ewakuacja. Dlaczego mamy opuszczać rodzinne strony? Z jednej strony strach przed ukraińskimi bandami i ucieczki choćby na koniec świata. Z drugiej strony pytanie, dlaczego mamy pozostawiać nasze domy i odwieczną ojcowiznę. Z biegiem miesięcy zacząłem coś niecoś rozumieć. Chodzi o to, że ziemie dotychczas należące do Polski nie będą do niej należały i zostaną wcielone do ZSRR. Na nasze ziemie mają przyjechać Ukraińcy z okolic Przemyśla i Krynicy, my natomiast mamy wyjechać na Zachód. Było to coś nieznanego, daleko od Jazłowca, dużo dalej aniżeli Lwów. Jaka jest ta nasza Polska? - kołatało w młodzieńczej wyobraźni. Pewnie zobaczę Kraków, Warszawę. Ciekaw, gdzie będziemy mieszkali. Dni toczyły się jednak swoim trybem, a szara rzeczywistość otaczała nas chmarami band ukraińskich i nie opuszczała nas ani na chwilę. Co drugą noc, na zmianę z moim ojcem, którego nie wcielono do wojska, brałem karabin na plecy i chodziłem na placówkę, gdzie razem z innymi Polakami trzymaliśmy wartę, chroniąc się w ten sposób przed napadem band ukraińskich. Pewnej nocy wczesnego przedwiośnia 1945, stojąc na swojej zmianie, usłyszałem jak gdyby strzały karabinowe. Wydawało mi się, że pochodzą one z kierunku Małych Zaleszczyk, wioski położonej około 1,5 km na zachód od Jazłowca, w której zamieszkiwało kilka rodzin polskich. Podskoczyłem na placówkę i zawiadomiłem o tym zebranych tam wartowników. Wszyscy zaczęliśmy nasłuchiwać. Ponieważ noc była dżdżysta, to jedni mówili, że to strzały, inni, że to wiatr stuka blachą na kaplicy cmentarnej, bo placówka nasza znajdowała się nad rzeczką między cmentarzem jazłowieckim a browarskim (Browary, część Jazłowca, były w tym czasie oddzielną wsią). Nad ranem goniec na koniu przyniósł hiobową wieść. Wszyscy Polacy w Małych Zaleszczykach pomordowani. Około południa przywieźli zmasakrowane zwłoki, leżące rzędem na kilku furmankach. Widok był przerażający. To nie były trupy. To były szczątki rozszarpanych, niewiadomo jakich istnień ludzkich. Odbył się uroczysty, ale w grobowym nastroju pogrzeb na jazłowieckim cmentarzu. Wszystkich pochowali w zbiorowej mogile.

Patrioci, bohaterowie

Samoobrona Jazłowca trwała do końca października 1945. 1 listopada wyjechaliśmy na Zachód. Należy tu wspomnieć o ludziach, którzy przyczynili się do powstania oddziału samoobrony Jazłowca, który stał się formacją wojskową pod nazwą "Istriebitielnyj batalion”. Młodzieżą, a więc 16-latkami, dowodził Michał Truszkiewicz, przedwojenny plutonowy rezerwy WP. Organizatorem zbiórek codziennych, ustalaniem hasła i rozdziałem wart zarządzał Wojciech Zieliński. Nie mogę wymienić wszystkich, którzy uczestniczyli w obronie Jazłowca. Nie sposób jednak nie wymienić tych, którzy w szczególny sposób zasłużyli się w organizacji i działalności obrońców miasta i doprowadzili do tak skutecznej obrony, że Jazłowiec nie doznał napadu szowinistycznych ugrupowań ukraińskich i stał się twierdzą dla polskich rodzin, przybyłych z okolicznych wsi i przysiółków. Są to: Zbigniew Świderski, Mieczysław Grzesiowski, Walerian Grzesiowski, Adam Kuliczkowski, Adam Wróbel, Kazimierz Szablowski, Korneliusz Szablowski, Eugeniusz Rola, Leon Skiba, Bronisław Kuriański i wielu, wielu innych obrońców naszych rodzin, którzy zasłużyli na miano prawdziwych patriotów, bohaterów swego czasu, na dawnych Kresach Rzeczypospolitej.

ZA:http://www.gazetalubuska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130321/REPORTAZ/130319452


enfrdeitptrues

 Materace dla Ciebie

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2239461

Odwiedza nas 267 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online