Szanowni Państwo!
Udało się nawiązać bezpośredni kontakt z Andrijem Portnowem, historykiem ukraińskim. Dzięki temu natknąłem się na elaborat polityczno - filozoficzny, i porwałem się na jego przetłumaczenie. Jest to trudne zadanie, ponieważ jest, jak wspomniałem, filozoficzny, autorka konstruuje przekaz swoich przemyśleń za pomocą wielopiętrowych zdań, ponadto elaborat jest dłuuugi. Zanim skończę tłumaczenie, trochę to potrwa. Dlatego już teraz, chcąc, aby informacja o skandalicznej sytuacji na ukraińskim uniwersytecie dotarła do państwa, przesyłam pierwszy fragment tego traktatu.
Fragmenty, które przekazują informację konkretną o faktach, wyróżniłem przez pogrubienie czcionki.

Czytając to chce się zawołać: czy tego chciałeś, Grzegorzu Motyko, gdy namolnie zachwycałeś się postawą "wojaków" UPA?

http://historians.in.ua/index.php/dyskusiya/39-olga-bryukhovetska-shcho-bude-zi-svobodoyu

Olga Briuchowiećka: Co będzie z wolnością?

piątek, 25 listopada 2011 r., 02:00

"U nas nie ma faszyzmu"- iluzja, którą wynieśliśmy z sowieckiej przeszłości. W przeciwieństwie do innego skandalicznie znanego zaprzeczenia, to wciąż jest żywe, a nawet staje się coraz bardziej niebezpieczne. U nas faszyzmu nie ma, ale ktoś regularnie atakuje antyfaszystowskie akcje. Oczywiście, że oni nie nazywają siebie faszystami, wykorzystując różne eufemizmy, ale kiedy ośmielą się otwarcie nazwać siebie własnym imieniem, będzie za późno, aby o tym mówić.

Niewygodny fakt istnienia Doncowa i jego następców, a więc obecność tradycji ukraińskiego faszyzmu, "filozofii zła", jak ją nazywał Wasyl Stus[1], na pewno nie został całkowicie zignorowany przez demokratycznie zorientowanych myślicieli. Ale dziś, gdy faszystowska ideologia coraz bardziej wzmacnia swój śmiertelny uścisk, ta kwestia powinna zostać podniesiona z całą ostrością, na jest jest w stanie zdobyć się krytyczna myśl.

Obsceniczna brutalność faszystowskiego kultu władzy, smród brudnej teorii rasowej, krwiożercza nienawiść do innych - wszystko to - to nie są chimery mrocznej przeszłości. Pod płaszczykiem miłości do ludu, nowe "pasjonarie" i "patrioci" doncowskiego chowu głoszą kategorie moralne używając terminologii zamkniętego grupowego partykularyzmu: "wartości narodowe związane są z Dobrem, wszystko, co przeciwko Ukrainie - to Zło"[2].

Drapieżne stwierdzenia o "interesie narodowym" jest "moralnym" imperatywem kapitalizmu korporacyjnego, a za szeroką zasłoną ideologicznej mgły "patriotyzmu" zawsze są ukryte partykularne interesy klasy rządzącej. Liberalny pogląd na faszyzm, który wierzy w tożsamość kapitalizmu i demokracji, różni się od marksizmu tylko brakiem logicznej spójności. Jak powiedział Max Horkhaymer: "Wer aber nicht vom Kapitalismus reden będzie, sollte auch vom Faschismus sweigen»[3].

Ukraińska opinia publiczna tak bardzo przywykła utożsamiać swój naród z wizerunkiem ofiary, która "nigdy nikogo nie podbijała", że nie zauważa, jak jej samej zaczynają wyrastać kły imperialnej krwiożerczości. Nawet jeśli im nigdy nie było przeznaczone, aby zawładnąć "prawdziwą" zdobyczą, jakiej oni pragną - wypuszczone na wolność niszczycielskie instynkty zawsze znajdą sobie słabszego. To nie znaczy, że można bezpiecznie przeczekać w cichym bagnie narodowego nihilizmu. Jest to złudne rozwiązanie. Zaprzeczanie istnieniu różnic narodowościowych jest tak samo  błędne, jak wiara w możliwość powrotu do stanu "przed chaosem babilońskim." Co ważniejsze, narodowy nihilizm nie jest politycznie niewinny, on zawsze gra na korzyść imperialnych narodów, które przypisują sobie uniwersalne wartości - jak jeszcze przed pojawieniem się postkolonialnych badań przekonująco pokazali komuniści na początku ubiegłego wieku, w tym także Lenin:

"Pisałem już w swoich opracowaniach na temat kwestii narodowej, że nigdzie nie jest odpowiednim abstrakcyjne podejście do kwestii nacjonalizmu w ogóle. Należy odróżnić nacjonalizm narodu uciskanego i nacjonalizm narodu uciskającego, nacjonalizm wielkiego narodu i nacjonalizm narodu malutkiego. W odniesieniu do drugiego nacjonalizmu, prawie zawsze w historycznej praktyce, my, członkowie wielkiego narodu, okażemy się winni nieskończonej ilości aktów przemocy, a co więcej - my sami, nawet tego nie zauważając, jesteśmy sprawcami mnóstwa przemocy i zniewag (...). Dlatego też internacjonalizm ze strony uciskającego, lub tak zwanego "wielkiego" narodu (choć wielkiego tylko swoją przemocą, wielkiego tylko tak, jak wielki jest tyran) powinien polegać nie tylko na formalnej równości narodów, ale i na takiej nierówności, która mogłaby zrekompensować przez naród uciskający, wielki naród, tą nierówność, jaka realnie istnieje w życiu. Kto tego nie rozumie, ten nie rozumie naprawdę proletariackiego stosunku do kwestii narodowej, pozostał w istocie w mocy drobnomieszczańskiego punktu widzenia i dlatego nie jest w stanie zrezygnować z powoływania się w każdym momencie na burżuazyjny punkt widzenia."[4]

Stwierdzenie Balibara, że nacjonalizm obronny prędzej czy później zamienia się w nacjonalizm imperialistyczny, drapieżny, które nieuchronnie jest nosicielem zarazy rasizmu[5] może być produktywne i użyteczne tylko wtedy, gdy je przekształcimy na pytanie, kiedy dokładnie to się dzieje. Gdzie jest ten punkt, w którym zdrowa świadomość narodowa staje się narcystycznym egoizmem? Niezależnie od tego, czy własny wizerunek jest chwalony, czy odwrotnie, obarczany kompleksem ofiary, miłość do swoich może  przekształcić się w nienawiść do obcego, odrzucenie innego, który zaczyna być postrzegany i w świadomości konstruowany jako wróg. Przekładając ten problem na płaszczyznę praktyczną, otrzymujemy podwójne pytanie: jak, z jednej strony, nie wylać dziecka narodowej świadomości z mętną wodą nacjonalizmu (z kąpielą), a drugiej strony - nie dopuścić, aby ​​jedność narodowa nie zacisnęła się na szyi społeczeństwa jak paranoidalny stryczek?

W złożonych problemach najkrótsza droga nie zawsze jest najlepsza, dlatego pozwolę sobie na zmianę perspektywy, spojrzenie na problem z innego punktu widzenia. Z niezaprzeczalnego faktu, że ludzkość nigdy nie żyła (i prawdopodobnie nigdy nie będzie żyła) zgodnie z imperatywem kategorycznym Kanta, że ​​ludzka historia - to piekielny wir zbrodni, można wyciągać różne wnioski. I tylko jeden z nich, ten najgorszy, polega na tym, aby przyjmować ten fakt jako przyzwolenie dla siebie na popełnianie zbrodni - oczywiście, dla jakiegoś wyższego celu: "X" - "X" - to jest dobro, a wszystko, co przeciwne "X" - to jest  Zło. Cokolwiek byśmy pod "X" nie podstawiali (Nacja, Partia, Państwo, Imperium), sama struktura takiej opozycji uniemożliwia  zrobienie nawet jednego kroku do wolności. Naprawdę odważni nie są ci, którzy starają się zastraszyć innych, ale ci, którzy nie boją się krytycznie ocenić samych siebie.

Bez zdolności do krytycznej refleksji, odwagi podawania w wątpliwość własnych założeń, umysł przekształca się w mniej lub bardziej funkcjonalne urządzenie techniczne. Takie techniczne urządzenie zamiast umysłu, będący rozumem tylko w części, jest niebezpiecznym kalectwem, ponieważ nawet najbardziej emancypacyjną teorię może przekształcić w instrument dominacji (nie-rozumu). Adorno zajmował w tym aspekcie najbardziej surowe, konsekwentnie spójne i bezkompromisowe stanowisko. Kończąc swoje wykłady na temat filozofii moralnej Kanta, której kulminacyjnym punktem stała się antynomia przyczynowości i wolności (antynomia, która była uwarunkowana koniecznymi ograniczeniami etyki sferą prywatną), Adorno podsumowuje jej negatywną dialektykę:

"Ale to, co u Kant pojawia się jako naturalna komplikacja ludzkiej egzystencji, jednocześnie jest komplikacją w stosunkach społecznych. Bo w naszej drugiej naturze - w powszechnej współzależności społecznej - nie ma żadnej wolności. Dlatego też w sferze panujących stosunków społecznych nie może być żadnej etyki. I dlatego założenie, że ​​etyka mimo wszystko nadal istnieje, powstaje nie inaczej, niż w formie krytyki istniejącego świata społecznych stosunków".[6]

Jednocześnie, podkreśla Adorno, krytyka odpowiada swojej treści tylko wtedy, gdy odnosi się także do siebie - krytyka jest niemożliwa bez samokrytyki, jest podstawowym warunkiem jest zdolność do refleksji:

Na ile z subiektywnego punktu widzenia w ogóle istnieje dziś granica między życiem dobrym i złym, na tyle należy w pierwszej kolejności jej szukać w tym, czy odnosimy się do świata zewnętrznego bezrefleksyjnie, postrzegając siebie i grupę, do której należymy, jako coś pozytywnego, a wszystko pozostałe - jako coś negatywnego, czy uczymy się poddawać refleksji własne uwarunkowanie czynnikami zewnętrznymi, uznając prawo do istnienia według innych, odmiennych od naszych czynników, i zdając sobie sprawę, że prawdziwa niesprawiedliwość rzeczywiście ma miejsce tam, gdzie samych siebie autorytatywnie uznają  za sprawiedliwych, a innych - za niesprawiedliwych.[7]

Nie będąc przedmiotami w sensie potocznym tego słowa, myśli nie są platońskimi bytami idealnymi, one nie pochodzą z nieba. Są to produkty procesu wytwarzania, a ich producenci znajdują się w konkretnych stosunkach produkcyjnych. Właśnie dlatego, mówiąc o zdolności rozumu do samorefleksji, o teorii krytycznej, nie możemy nie mówić o instytucjach społecznych, które zapewniają warunki ich produkcji. Uniwersytet - to nie tylko kilka budynków, nawet jeśli usytuowane są wokół biblioteki. Uniwersytet - jest to właśnie miejsce powstawania myśli. Korporacyjna koncepcja uniwersytetu jest błędna, w szczególności, że myli cel ze środkiem do jego osiągnięcia - statusem.
Ogłaszając za cel osiągnięcie najwyższego statusu, nie rozumie się, że jest to tylko dowód uznania osiągnięć myśli, która jest produkowana na uniwersytecie. To właśnie myśl ma być prawdziwym celem. Jedynym sposobem, aby przejść do jego realizacji, jest stworzenie korzystnych warunków do produkcji myśli. Ma je zapewnić w szczególności zabezpieczenie maksymalnej autonomii uczelni, ale nie jako korporacji, która doprowadzi do innej formy zniewolenia - zależności od rynku, lecz intelektualnej niezależności, która jest niezbędna do produkcji krytycznej myśli.

Tutaj należy zrobić niewielką przerwę, aby wyjaśnić sytuacji, która teraz zaistniała w Mohyliance, mojej Alma Mater, gdzie pracuję jako docent katedry kulturoznawstwa. Decyzja o związaniu swojego losu z tym uniwersytetem była uwarunkowana przede wszystkim faktem, że (mając doświadczenie z pobytu na innych uczelniach) wysoko oceniam poziom Mohylianki (Uniwersytetu Kijowsko-Mohylańskiego) według wyżej wspomnianego kryterium - istnienie warunków do produkcji krytycznej myśli.

Mohylianka - to bez przesady dosłownie epicentrum intelektualnego, kulturalnego i naukowego życia Kijowa, co zawdzięcza w szczególności funkcjonowaniu licznych ośrodków badawczych (ponad dwudziestu), kreującymi konstruktywną, twórczą atmosferę. Rzeczywiście, Mohylianka - bodajże czy nie jedyny uniwersytet, gdzie chodzi się nie tylko na zajęcia, żeby ich wysłuchać lub sobie poczytać. Dzięki pośrednictwu ośrodków badawczo - naukowych, nauczyciele i uczniowie mogą uczestniczyć w dialogu naukowym, co uzupełnia i ożywia formalnie ustalone oficjalne stosunki procesu edukacyjnego.

Sytuacja, która wytworzyła się dzisiaj w Mohylianke - szereg wydarzeń, które (czy przypadkiem) zbiegły się w czasie - wykazuje wyraźną tendencję do zminimalizowania tych warunków oraz wzmocnienia kontroli administracyjnej nad wszystkimi sferami działalności "podległych", aż do zastosowania administracyjnego nacisku na niepokornych i przekształcania się uniwersytetu w narzędzie w rękach partii politycznej. Tendencja ta - jeszcze - nie zniweczyła faktu, że Mohylianka pozostaje centrum teorii krytycznej.

Na razie... Dlatego ważne jest, aby zawczasu wykryć i poddać krytyce takie negatywne tendencje, a nie milczeć, mając nadzieję, że ignorowanie problemu przyczyni się do jego przezwyciężenia. I już przewiduję, że usłyszę głosy oburzenie, że ja w ten sposób "leję wodę na młyn wrogiej propagandy". Rzeczywiście, Mohylianka ma wielu wrogów. Jednak straty z powodu tego, że wrogowie mogą skorzystać na mojej krytyce, zwłaszcza, że ​​w tym przypadku, to otwarci kłamcy i idioci, są znacznie mniejsze niż wtedy, gdy pod pretekstem mobilizacji przeciwko zewnętrznemu Wrogowi krytyczna myśl będzie prześladowana, niechby tylko w formie "miękkiego totalitaryzmu" administracyjnych metod.

Czas wprowadzić na scenę głównych aktorów tej sytuacji - prezydenta NaUKMMA Sierhija Kwita, niezależny związek studentów "Akcja Bezpośrednia", Naukowo - Badawcze Centrum Kultury Wizualnej. I jeszcze jednego bohatera, a raczej antybohatera, który bardzo nachalnie wpycha się na scenę - ultra-prawicową partię "Swoboda", której działalność nie może nie wywoływać trwogi u demokratycznie zorientowanych intelektualistów. Choć nie jest to dokładna kopia faszystowskiej partii z pierwszej połowy ubiegłego wieku (ale czy są możliwe w historii dokładne kopie?), "Swoboda" ma wystarczająco dużo cech wspólnych z nimi (i ideologicznie, i pod względem strukturalnym), aby postawić właściwą diagnozę.

Nie będziemy szukać pocieszenia w tym, że społeczeństwo ukraińskie w swojej utracie odporności na faszyzm jest czymś bardzo wyjątkowym: Pierwszy Świat (przodujące gospodarczo państwa) również szybko ulega faszyzacji. Tjahnybok - to tylko prowincjonalna kopia Le Pena czy Haidera, Fuhrerów, próbujących spekulować na wewnętrznych sprzecznościach kapitalizmu, wyciągając - jak królika z cylindra - skromną rekompensatę manii wielkości, którą oferują w zamian za realne niedostatki, na które skazane są ich ofiary. Jednak w Pierwszym Świecie tych złych magów nie wpuszcza się na uniwersytety, w środowisko krytycznej myśli, jeśli to środowisko pretenduje do tego, aby je traktować poważnie.

Dlaczego nie może nie budzić obawy to, że administracja Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, która dość zasłużenie cieszyła się opinią najbardziej postępowej,  najbardziej demokratycznej uczelni, naruszając statut uniwersytetu, gdzie wyraźnie postanowiono, że "na realizację procesu edukacyjnego i badawczego w NaUKMA nie mają wpływu partie polityczne, społeczne, religijne organizacje i ruchy", w rzeczywistości niemal otwarcie deklaruje współpracę z partią "Swoboda".

6 kwietnia 2011 roku na stronie internetowej "Swobody" pojawił się komunikat zatytułowany "Otwarcie wystawy "Wojna Ludowa" w Mohyliance zgromadziło komplet publiczności"[8]. Wśród prelegentów - przewodniczący kijowskiej "Swobody" Andrij Illenko i prezydent NaUKMA Siergiej Kwit. Nie będę mówić o poziom naukowym tej wystawy - jest to zadanie historyków, którzy, miejmy nadzieję, dadzą jej właściwą ocenę - ale już sam fakt ingerencji partii politycznej w "naukowo - wychowawczy proces i działalność naukową" Kijowsko-Mohylańskiej Akademii jest niedopuszczalny.

I rzecz nie w tym, że "Swoboda" kolejny raz "zareklamowała się" na cudzy koszt (na stronie internetowej wystawy napisano, że powstała przy wsparciu partii "Nasza Ukraina"), lecz w tym, że ona propaguje na Mohyliance swoją ideologię, a tym samym legitymizuje ją przy wykorzystaniu autorytetu uczelni. Deklaracja współpracy pomiędzy "Swobodą" i Kwitem została "przyklepana" nawet wcześniej, na potwierdzenie czego  3 marca 2011 roku na stronie internetowej "Swobody" pojawił się komunikat, w którym informuje się o spotkaniu prezydenta NaUKMA S. Kwita z byłym studentem Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, swobodowcem, który, reprezentując "patriotyczne środowisko studentów", wyraził nadzieję na "konstruktywną współpracę w przyszłości", ponieważ pierwsze inicjatywy "patriotów" (wśród nich - Wystawa "Wojna Ludowa") spotkały się z "pełnym zrozumieniem prezydenta Akademii"[9].

W ogóle na uniwersytecie nie ma miejsca dla żadnej z partii, w tym także lewicowych, jeśli kiedyś takie na Ukrainie się pojawią, ale kiedy uniwersytet staje się przestrzenią dla propagandy nienawiści narodowej, nagradzanej nawet oklaskami - to o jakiej edukacji w ogóle można tu mówić? Z wystąpienia podczas otwarcia wystawy "Wojna Ludowa" w Mohyliance - pisarz Wasyl Szkliar: "To nie jest domowa, ale ukraińsko-rosyjska wojna... Bojownicy z Hołodnego Jaru mówili: "Na pytanie zadane w języku rosyjskim odpowiedzią może być tylko wystrzał" (Oklaski)... Ta ukraińsko-rosyjska wojna trwa aż do teraz! (burzliwe oklaski)"[10]. W tym samym sprawozdaniu o wydarzeniu rzeczniczka prawicowej sceny politycznej  O. Biłozerśka nie bez satysfakcji podkreśla, że ​​wystawa była wynikiem porozumienia z "rektorem" "najbardziej patriotycznej uczelni", która - co za katastrofa! - jeszcze niedawno cieszyła się "lewicową sławą". I to wreszcie postawiło wszystkie kropki nad "i". Mohyliankę trzeba ratować od "lewicowców"!

Zadanie postawione przed administracją wydawać by się mogło beznadziejne: przekształcić sytuację tak, że nauczyciele i uczniowie Akademii Kijowsko-Mohylańskiej ("lewicowcy"), okazali się obcymi ("kolonizatorami sowieckimi"?), a ultra - prawicowa partia polityczna - swoimi (bo "patrioci"). Jednak ten problem jeszcze przed uczelnią realnie nie zaistniał. Ponieważ nie ma debaty publicznej. Bo wszystko odbywa się po cichutku, słuchać tylko skrzypienie klawiatury administracyjnych maszyn do pisania. Bo poleceń się nie dyskutuje, ale wykonuje. Administracja jest w pełni przekonana o słuszności swojej racji, a wszystkich, którzy ją krytykują, ogłasza "obcymi", "chuliganami", "anarchistami".

W rzeczywistości jest odwrotnie: to "lewicowcy" uratowali Mohyliankę. To, że walka Mohylianki z nową ustawą o edukacji została uwieńczona zwycięstwem, to wielka zasługa niezależnego związku studenckiego "Akcja Bezpośrednia", który posiada swój aktywny ośrodek w Mohyliance i który wraz z narodowo-demokratyczną organizacją "Odsiecz" przeprowadził masowe protesty studentów przeciwko degradacji oświaty. Nie zważając na to, administracja ciągle wywiera presję na tych, którzy współpracują ze związkiem studentów, maskując swój paniczny lęk przed krytyką - w rzeczywistości może to się obrócić przeciwko samej administracji - za absurdalne oskarżenia pod adresem związku studentów.

Prawdopodobnie dlatego, że "Akcja Bezpośrednia" deklaruje otwarcie lewicowe poglądy - a może dlatego, że sama idea, że pracownicy, a za takich można uznać studentów, organizują się w celu obrony swoich praw, to idea lewicowa - w wyobraźni administracji "Akcja Bezpośrednia" marzy o powrocie państwa, przeciwko któremu "rektor" "najbardziej patriotycznej uczelni" osobiście "leżał w okopach". Wywierając administracyjny nacisk na podstawową organizację własną studentów i wykładowców administracja nawet nie podejrzewa, że działa dokładnie w duchu tego państwa, jednak mimo wszystko demonstruje demokratyczny charakter swojego stanowiska, za co jest w teatralny sposób krytykowana (faktycznie podburzana) przez swoje zaplecze, które wzywa, aby się "nie patyczkować", ale jednym zdecydowanym pociągnięciem "dokręcić wszystkie śruby".

Równie niepokojącym sygnałem jest to, że za milczącą zgodą administracji na uniwersytet przenika uliczny faszyzm. Faszystowscy bojówkarze dokonywali powtarzające się napady na studentów i wykładowców Mohylianki nie tylko w pobliżu uniwersytetu, ale również na jego terenie. Starają się zrywać dyskusje, puszczając w pomieszczeniach gaz łzawiący.[11] Administracja, zamiast publicznie oświadczyć o niedopuszczalności takich działań, ogłasza, ze są to akty działania "podziemia" (patriotycznego?!) i wywiera presję na organizatorów, dokonując haniebnej zamiany ról, kiedy to ofiary stają się winne temu, że zostały zaatakowane.

Nie wiem, co gorsze: czy kiedy uniwersytet przekształcany jest w komorę gazową, w której duszona jest krytyczna myśl, czy kiedy jest to kompletnie ignorowane, przykrywane papierowymi konstrukcjami ze słów? Nic dziwnego, że faszystowscy bojówkarze interpretują milczenie administracji jako błogosławieństwo dla "świętej sprawy" - oczyszczenia "najbardziej patriotycznej uczelni" z "lewicowców". Dla osiągnięcia wielkiego Celu wszystkie środki są dozwolone, nawet komory gazowe. "Narodowe wartości związane są z Dobrem, wszystko, co przeciwko Ukrainie - Zło" - chyba nie to im wciskają do głów wyznawcy Doncowa?

Jako naukowiec mogę rozpatrywać poczynania władzy jedynie przez pryzmat ich związku z kwestiami teoretycznymi. Tłumacząc to w praktyce, moja jedyna broń - to krytyczna analiza, która wskazuje błędy, zniekształcenia i o[tyczne iluzje fałszywej świadomości, która jest wykorzystywana do celów politycznych.

Dlatego, wprowadzając na scenę głównych aktorów sytuacji, która wytworzyła się w Mohyliance, pozostawiam ich w realnym świecie, z nadzieją, że demokratyczny fundament, na którym powstała Mohylianka, będzie wystarczająco silny, aby wytrzymać presję czasu. Chociaż, oczywiście, hasło "Czas przemija - Mohylianka jest wieczna" jest nie tyle gwarancją, co wskazówką do działania. Dopiero praktyka pokaże, czy Mohylianka wytrzyma presję autorytaryzmu, który dominuje w społeczeństwie (a tym samym da mu szansę na wolność).


Dla marksizmu kryterium prawdy jest praktyka, co oznacza, jak napisał Brecht, patrzeć na rzeczywistość z punktu widzenia jej transformacji. Jednak w tym kryterium dopuszczona jest  możliwość oszustwa, podstępu. Gra pozorantów zaczarowała intelektualistów w okresie ostatnich dwóch dekad, które minęły pod sztandarem postmodernizmu.

Najbardziej wymowną postacią jest tu Bodriyar, ikona postmodernizmu z charakterystyczną intelektualną "ewolucją": uczeń Lefebvre, tłumacz Marksa, jest on po 1968 roku rozczarowany ideami lewicowymi, zaczął ideowo przesuwać się szybko w kierunku konserwatyzmu, choć w formie estetyzacji społecznej - dla czego została zapożyczona koncepcja  маклюенівська  maklyuenivska - media jako przedłużenie zmysłów człowieka z jej otwarcie reakcyjnym determinizmem technologicznym.

Postmodernizm bodriyariwskiego wzoru dokonuje zamiany pojęć:  ​​to co wcześniej wyznaczało krytyczną metodologię (dekonstrukcję), przekształca się w "epokę" i "okoliczności". Najważniejszy dokument - tekst J.-P. Liotara "Okoliczności postmoderny" (1979), który głosi słynne tezy o "końcu meta - narracji", już zawiera sprzeczność, która powstaje z połączenia tych dwóch znaczeń. Nie będąc jakąś szczególną historyczną (lub post-historyczną) epoką, postmodernizm - to produkt konkretnej epoki historycznej, który odzwierciedla jej własne sprzeczności i ograniczenia.

On przypomina próbę krytykowania fragmentacji i rozwarstwienia społecznego, które urzeczywistnia się za sprawą dotkniętych tą chorobą. Jest to szczególnie dobrze widoczne na przykładzie Bodriyara, który stale przeczy sam sobie, to przeklina, to znów wychwala jedno i to samo, dokonując oceny na zasadzie "im gorzej, tym lepiej". Impresjonistyczna afirmacja Bodriyariwskiej socjologii najprawdopodobniej najlepiej przedstawia skutki rozstawania z marksizmem, które objawiły się całkowitą lub częściową rezygnacją z krytycznej myśli.[12]

Cdn.


enfrdeitptrues

75. rocznica ludobójstwa

Reklama

 

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2381505

Odwiedza nas 197 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online