Dzisiaj jest: 20 Lipiec 2017        Imieniny obchodzą: Czesław, Hieronim, Fryderyk

     Na przełomie 1943/1944 r. Armia Czerwona przejęła całkowicie inicjatywę na froncie wschodnim posuwając się w kierunku granic II Rzeczypospolitej z 1939 r. Na Kresach po fali mordów na Wołyniu przyszedł czas na ludobójstwo w Małopolsce Wschodniej. Jedną z takich miejscowości był Majdan. Pani Józefa wspomina: „W lutym 1944 r. został zamordowany 25-letni Adolf Czarniecki, który był mężem mojej siostry Marysi. Oboje idąc na Drogę Krzyżową napotkali grupę Ukraińców jadących saniami. Szwagrowi kazali na nie wsiąść i pokazać drogę do Tudorowa. Wywieźli go kilkaset metrów dalej i zastrzelili. Marysia znalazła jego ciało przy wjeździe do Majdanu. Bandyci ukraińscy dokonali mordu dwa tygodnie po ich ślubie”.

     W tym okresie dochodziło na terenie wsi do wielu prowokacji ze strony Ukraińców, którzy spiskowali potajemnie przeciwko Polakom. Mieszkańcy Majdanu ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, ludzie byli zastraszani, dochodziło do wielu pobić i podpaleń gospodarstw. Dopiero jednak w połowie marca 1944 r. banderowcy zaatakowali wieś w sposób zorganizowany i większymi siłami.

     Pierwszy atak OUN-UPA nastąpił 12 marca 1944 r. „Wieczorem około godziny 21.00 podpalili zabudowania położone na skraju Majdanu. Chałupy szybko zaczęły się palić, bo dachy były słomiane. Po jakimś czasie nasz dom też zajęły płomienie. Ojciec chodził do studni po wodę i polewał strych, gdzie trzymaliśmy plewy. Na podłodze ułożone były w grubą warstwę i częściowo chroniły belki przed spaleniem. Niestety nie wszystko udało się uratować. Rezuni we wsi strzelali do przerażonych ludzi, którzy uciekali w popłochu. Niektórym udało się uciec z okrążenia i schronić w pobliskim lesie. Nasza rodzina schowała się do piwnicy zrobionej pod schodami spichlerza. Razem z nami ukrywała się ukraińska rodzina Wolańskich, której syn chodził w zaloty do mojej młodszej siostry Hani. W tym dniu banderowcy zabili wielu Polaków, naszych sąsiadów i bliskich. Wśród nich byli m.in. Pukowie, Mielnikowie, Szymańscy, Nawroccy, Milimąkowie, Żywinowie, Dutkowie, Bandurowie. Nasze domy zostały ograbione, a kilkanaście z nich spalono. Ci, którzy ocaleli znaleźli schronienie w Kopyczyńcach u znajomych, rodziny i dobrych ludzi. Do Majdanu powróciliśmy dopiero jak front się przesunął i Rosjanie weszli do wioski”.

     Latem 1944 r. wcielono do wojska wielu Polaków. Ojciec pani Józefy trafił do 1 Armii Wojska Polskiego, natomiast pani Józefa została siłą zabrana wraz z dwiema siostrami do formowanej 2 Armii Wojska Polskiego. „Przeklęci Moskale zabrali nas i jeszcze 36 innych dziewczyn do Łopuszni położonej na granicy z ZSRR. Mojej siostrze Marysi udało się stamtąd uciec i wrócić do Majdanu (po jakimś czasie wyszła za mąż za brata swojego pierwszego męża, Fabiana). Z Łopuszni przewieziono nas do Żytomierza i podzielono do obsługi sanitarnej, pomocy w pralni, kuchni i magazynów oraz pracy w łączności, gdzie trafiłyśmy obie. Moja siostra Hania była załamana. Mówiłam jej nie martw się, będzie nam tu dobrze, nauczą nas pracy przy telefonach, a poza tym, lepiej zginąć za Polskę niż z rąk Ukraińców”. Dziewczęta były młode, ładne i narażone na niebezpieczeństwo ze strony czerwonoarmistów, wśród których najgorsi byli Uzbekowie.

     Organizacją samoobrony w Majdanie kierował Tadeusz Świderski, który dowiedział się, że przed Bożym Narodzeniem 1944 r. banderowcy szykują napad na wieś i chcą wymordować Polaków wysadzając kościół w czasie pasterki. W sprawę zamieszana była ukraińska rodzina popa Doliby mieszkająca w Majdanie na Łyczakowej, którą aresztowali Rosjanie. Syn popa robił zebrania młodzieży ukraińskiej, podczas których namawiał do mordowania Polaków. W odwecie upowcy chcieli zabić przywódcę samoobrony. Tadeusz Świderski musiał uciekać i schronił się w jednej z podrzeszowskich miejscowości. W ten sposób wieś została całkowicie bez ochrony, co ułatwiło banderowcom zorganizowanie następnego ataku. Polacy na wypadek kolejnej próby mieli schronić się w kościele.

     26 stycznia 1945 r. nastąpił drugi atak na Majdan. Bandyci byli dobrze zorganizowani. Przebrani w białe maskujące pałatki otoczyli wieś ze wszystkich stron. Większość z nich pochodziła z pobliskiego Tudorowa, Oryszkowców i Skorodyńców. Napad banderowców rozpoczął się od sygnału czerwonymi rakietnicami. „Moi bliscy opowiadali, że z dwóch stron wystrzelili rakietnice, które w powietrzu się krzyżowały. Upowcy mieli ze sobą porzuconą broń, którą znaleźli w lesie hrabiego Dziaduszyckiego koło Jabłonówki po walkach Niemców z Rosjanami. Palili dom po domu mordując w okrutny sposób polskie rodziny. Ludzie zaczęli uciekać do kościoła ryglując drzwi wejściowe. Część z nich stłoczona była w nawie bocznej, a część na strychu i chórze. Banderowcy nie mogąc wyłamać drzwi zdecydowali się wejść od zakrystii. Wrzucili do wnętrza kościoła kilka granatów, strzelali na oślep z karabinów i broni maszynowej. Granaty rozerwały i raniły stojących przy wejściu. Uciekających w popłochu dobijano siekierami. Wśród nich był mój ojciec Mikołaj Ciemny, który przyjechał z wojska na przepustkę do domu. Na chórze schronił się ks. Wojciech Rogowski i jego szwagierka z dziećmi. Napastnicy mając problemy z dostaniem się na górę zaczęli strzelać, wówczas bratowa księdza krzycząc, że jest Ukrainką doprowadziła do wstrzymania ostrzału. Banderowcy nie mogąc otworzyć drzwi na chór kazali ludziom skakać z góry, a następnie wychodzić na plac przed kościołem. Widząc leżące dookoła trupy swoich bliskich i sąsiadów kilka osób zdecydowało się na ucieczkę. Część z nich została zarąbana siekierami, a część doprowadzona na plebanię, gdzie była bita i torturowana. Tylko niektórym udało się zbiec do lasu i uniknąć rzezi. Księdza Wojciecha Rogowskiego nacjonaliści ukraińscy postrzelili podczas ucieczki. Niestety po kilku godzinach skonał. Jego szwagierka przeżyła, ale dwójka dzieci została zamordowana. Tej nocy zginął również 22-letni Bronisław Nakoniczewski, którego Ukraińcy wyśledzili jak wychodził od narzeczonej Janiny Olejnik. Zabrali go i za wsią zamordowali. Jego ciała nigdy nie odnaleźliśmy.

     Wczesnym rankiem, gdy wymordowano już większość mieszkańców wsi, a polskie zagrody zostały splądrowane i spalone, upowcy opuścili wieś. Przerażeni i zrozpaczeni ludzie zaczęli wychodzić ze swoich kryjówek, piwnic, szop i stodół. Po kilku dniach ci, którym udało się przeżyć wykopali obok kościoła dół, w którym pochowano zwłoki kilkudziesięciu osób, natomiast ciała pozostałych zamordowanych Polaków leżały w różnych miejscach wsi. W dwóch bestialskich atakach OUN-UPA zginęło prawie 180 osób. Jedną z nielicznych osób, które ocalały była moja siostra Marysia, która schowała się pod ołtarzem w kościele”.

     Po pacyfikacji Majdanu mieszkańcy nie mieli już do czego wracać. Ich gospodarstwa zostały ograbione i spalone, a najbliżsi pomordowani. Nadal groziło im niebezpieczeństwo ze strony banderowców, więc uciekali do Czortkowa i Kopyczyniec, gdzie szukali schronienia wśród Polaków.

Fragment wspomnień opracowany przez E. Szewczuka-  całość w  archiwum KSI


enfrdeitptrues

 Materace dla Ciebie

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2102206

Odwiedza nas 89 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online