Dzisiaj jest: 20 Lipiec 2017        Imieniny obchodzą: Czesław, Hieronim, Fryderyk

Z lasu wyłonili się już po zmroku. W pobliżu zabudowań rozsypali się w tyralierę. I wtedy od strony wsi padły strzały. Wywiązała się potyczka, w której członkowie samoobrony wspomagani przez oddział AK bardzo szybko wzięli górę. Napastnicy wycofali się w popłochu. Pozostały po nich jedynie dwa leżące w śniegu ciała. „Satyr" był przekonany, że udało im się odeprzeć atak oddziału UPA. Chwilę później w ciężkim milczeniu wpatrywał się w trzymane w ręku dokumenty zabitych. Należały do Ołeksego Bobaka i Romana Andrijczuka. Obok ukraińskich nazwisk widniał jednak symbol SS. Był 23 lutego 1944 roku. I choć nikt jeszcze o tym nie wiedział, właśnie wtedy los Huty Pieniackiej został przypieczętowany. Ostatni akt rozpoczętej wówczas tragedii miał się dokonać pięć dni później. Stanisława Sitnik: – Noc razem z mamą i rodzeństwem spędzałam w ziemiance na naszym podwórku. W domu nie sypialiśmy od dłuższego czasu. Baliśmy się napadu.

Wczesnym rankiem przybiegł do nas kuzyn mamy i zaczął krzyczeć: „uciekajcie, domy się palą". Nad dachami latały świetlne race. To upowcy otoczyli wieś i dawali sobie sygnały. Chwilę potem zaczęli do niej wchodzić ubrani na biało żołnierze. Pobiegliśmy schyleni kilka domów dalej, do sąsiada. On upchał nas w piwnicy, a wejście zamaskował śniegiem i słomą. Sam ukrył się w gnojowniku. Nazywał się Bolko Orłowski. W tym czasie Paulina Siewiela była w sąsiedniej wsi: – Po śmierci ojca mama wyszła drugi raz za mąż i wyprowadziła się do Huty Wierchobuskiej. Ja nie chciałam, ale kiedy Ukraińcy zaczęli napadać na naszą wieś, postawiła na swoim. „Chociaż na trzy, cztery dni" – mówiła. W niedzielę miałam wracać z koleżanką Anią. Byłyśmy już w drodze, kiedy postanowiła zawrócić. Coś jej mówiło, żeby tam nie iść. Rano stanęłam w oknie, a nad lasem czerwona łuna. „Mamo, wstawaj!" – krzyknęłam. – „To nasza Huta się pali". Wówczas płonęła już może połowa zabudowań. Także dom Orłowskich. – Na szczęście sąsiad zdążył wyskoczyć i otworzyć drzwi do piwnicy. Dorośli jakoś zdołali się wydostać, a potem przerzucali sobie przez płomienie dzieci – opowiada Stanisława Sitnik. We wsi było gęsto od dymu. Ryk palonych żywcem zwierząt mieszał się z krzykiem przerażonych, umierających ludzi i nawoływaniami oprawców. – Biegliśmy w stronę wąwozu, który znajdował się za wsią. Po drodze widziałam stryjka. Leżał cały we krwi. Nam się udało, przeżyliśmy – wspomina pani Stanisława.

Tymczasem we wsi trwała regularna eksterminacja. Żołnierze i ich pomocnicy najpierw ostrzelali zabudowania z broni maszynowej, ręcznej oraz moździerzy, potem zaczęli wyłapywać mieszkańców i prowadzić ich do kościoła. Stamtąd wyprowadzali już mniejsze grupy, zamykali w stodołach, które następnie podpalali. Wielu mieszkańców zginęło już po drodze: czasem dlatego, że próbowali uciekać, czasami przez kaprys oprawców. Akta Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu, która po latach zajmowała się tą sprawą, aż roją się od drastycznych opisów. Zeznaje Stanisław W.: „Zobaczyliśmy w stodołach i mieszkaniach stosy trupów, popalonych, zwęglonych. Ciało żony znalazłem w stodole kuzyna Władysława Mendelskiego. Żonę poznałem po sukience. Ciało było skurczone, prawie całe spalone (...). W tej stodole było bardzo dużo ciał spalonych. Ciała te leżały jedno na drugim. W odległości około 35 metrów zobaczyłem ciało brata. Miał on dwa postrzały w czaszkę (...). Drugiego brata (...) znalazłem około pół kilometra od wsi, w wąwozie. Miał roztrzaskaną głowę oraz był prawie przecięty na pół, chyba serią z karabinu". Zeznaje Wojciech O.: „Wyprowadzana i wywlekana z domów ludność, kobiety, dzieci i starcy, była grupami kierowana do środka wsi. W czasie drogi konwojujący żołdacy brutalnie znęcali się nad nimi. Inne grupy dokonywały grabieży mienia wraz z ludnością ukraińską z okolicznych wsi Żarków i Werchobuż (...). Zapamiętałem, jak w czasie plądrowania mieszkania w języku ukraińskim były wypowiadane słowa: »to dla mego syna, to dla ciebie, dla twojej córki«". Zeznaje Wanda G.: „Naokoło morze płomieni i ciemne chmury dymu oraz okropne wycie psów, ryk krów i swąd palonych ciał ludzkich i zwierzęcych. Nie mieliśmy już żadnych złudzeń co do czekającego nas losu, a ból po naszych krewnych krwawił nam serca, nie reagowaliśmy na brutalne znęcanie się SS-manów, bicie kolbami karabinów i kłucie bagnetami. Na każdym kroku doznawaliśmy upokorzeń przez stałe pokazywanie nam dzieła zniszczenia i wypowiadane słowa: »wże propała wasza Polsza«, »to je wasza Polsza« itp.". Jeden z mieszkańców Huty Pieniackiej, Sulimir Stanisław Żuk, po latach wspominał między innymi o losie swojej babki, która była położną i krótko przed rozpoczęciem pacyfikacji została wezwana do porodu. SS-mani zapędzili obie kobiety do kościoła. A kiedy poród się rozpoczął, jeden z żołnierzy wyrwał wychodzące z łona dziecko, rzucił je na posadzkę, a następnie rozdeptał. Samą matkę i akuszerkę, która usiłowała jej pomóc, zastrzelił.

W równie bestialski sposób został zamordowany dowódca wiejskiej samoobrony Kazimierz Wojciechowski. SS-mani oblali go benzyną i podpalili. Zrobili z niego żywą pochodnię. Akcja pacyfikacyjna trwała przez cały dzień. Wieczorem 28 lutego 1944 roku Huta Pieniacka przestała istnieć. Podczas pacyfikacji zginęło blisko tysiąc osób. Przeżyli nieliczni – ci, którzy zdołali się schować w piwnicach, kopcach ziemniaków, kościelnej wieży albo wcześniej wywędrowali do sąsiednich miejscowości. Część z nich pojawiła się we wsi już nazajutrz, żeby pochować bliskich. Ale i to okazało się wielce ryzykowne. Małgorzata Gośniowska-Kola: – Ukraińcy pozostali w lasach i początkowo strzelali do tych, którzy próbowali organizować pogrzeby. Doświadczył tego choćby ksiądz Jan Cieński, który przyjechał z sąsiedniego Złoczowa. Tylko część zdołała rozpoznać swoich bliskich. Ciała były chowane na cmentarzu albo wprost w powapiennych dołach. Potem ludzie wyjechali. Wielu na zawsze.

Stanisława Sitnik: – W Hucie zostało kilka domów, ale ludzie nie chcieli tam zostawać. Bali się Ukraińców. My pojechaliśmy za Sasów. Było nam bardzo ciężko, przyszedł głód. Mama zmuszona była oddać dwoje dzieci do ochronki. Inaczej by nie przeżyły. Ale kiedy w 1945 deportowali nas na zachód, zabrała je z powrotem. Znów byliśmy wszyscy razem.

Fragment wspomnień wyszukał i wstawił "ku pamięci" B. Szarwiło za: http://www.rp.pl/artykul/1090785-Krwawe-lzy.html#ap-5


enfrdeitptrues

 Materace dla Ciebie

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2102201

Odwiedza nas 78 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online