W języku potocznym wszystkich ludzi współpracujących z bezpieką nazywa się agentami. Nie jest to jednak określenie precyzyjne. Osoby takie bowiem fachowo określano mianem tajnych współpracowników (TW). Jest to pojęcie szersze obejmujące 3 kategorie postaci. W zależności od wykonywanych zadań byli to: informator, agent i rezydent.

Tajny informator donosił na bieżąco, bardziej lub mniej systematycznie, czyli przekazywał w sposób niejawny poufne informacje. Agent natomiast nie tylko przekazywał informacje, ale uczestniczył również w tzw. kombinacjach operacyjnych (KO), będących najwyższą formą pracy operacyjnej bezpieki. Polegały one m.in. na skłócaniu środowisk, kreowaniu rzeczywistości w myśl wytycznych oficerów operacyjnych UB/SB. Agenci byli niezwykle przydatni w "rozpracowaniach obiektowych". Rezydent natomiast dysponował już własną siatką agentów i informatorów. Rezydentów było stosunkowo niewielu.

„…Edward Kotowski – rezydent wywiadu PRL w Watykanie (ps. "Pietro") pod tzw. dyplomatycznym przykryciem. Doktor historii sztuki…” (Wikipedia} – tę stronę zmodyfikowano 20 września 2011 r.

„Pietro”, specagent w Watykanie

„Kotowski, oficer Służby Bezpieczeństwa rozpracowujący Kościół oraz Stolicę Apostolską, to postać, która nie odpowiada stereotypowi esbeka.Już pochodzenie ma nietypowe jak na funkcjonariusza komunistycznych służb. Jego ojciec był podoficerem, jeńcem obozu w Kozielsku, większość kolegów stracił w Katyniu. Edward Kotowski jest historykiem sztuki, z doktoratem dokończonym już w szeregach SB. Funkcjonariuszem został ponoć z rozpaczy, po głośnym na początku lat 70. konflikcie o freski odkryte w oranżerii biskupa Ignacego Krasickiego w Lidzbarku Warmińskim. Kotowski z wilczym biletem został wyrzucony z pracy. Po bezskutecznym poszukiwaniu nowego zajęcia zgłosił się do Milicji Obywatelskiej. Przyjęty został do IV Wydziału Służby Bezpieczeństwa zajmującego się Kościołem. Szkołę oficerską w Legionowie Kotowski ukończył z najlepszą lokatą. W 1973 r. zaczął pracować w centrali SB. Głównym obszarem jego zainteresowań była kadra naukowa Akademii Teologii Katolickiej i KUL. Pracując jako nauczyciel, długo przed wstąpieniem do SB, poznał Czesława Glempa, brata obecnego prymasa. Korzystając z protekcji, udało mu się dotrzeć do ks. Józefa Glempa. Kotowski podawał się za pracownika MSZ. Przyszłemu prymasowi wystawił pozytywną opinię, co mogło mieć znaczenie dla jego nominacji na biskupa warmińskiego. W 1975 r. zaczął się uczyć włoskiego. 14 października 1978 r., dwa dni przed wyborem Karola Wojtyły na papieża, Kotowski otrzymał delegację do pracy w Rzymie. Wyjechał rok później. Ponownie okazał się bardzo dobrym materiałem na agenta. W czasie testów z kontrobserwacji udało mu się zidentyfikować aż 25 śledzących go równocześnie pracowników SB. W krótkim czasie nawiązał kontakty z wieloma pracującymi w Watykanie Polakami. Znał wszystkich.

Twierdzi, że żaden rozmówca nie miał pojęcia, iż spotyka się z agentem wywiadu. Raporty przekazywane przez „Pietro”, jak wynika z jego teczki personalnej, oceniano wysoko.

Część z nich trafiała na biurka najważniejszych osób w PRL. 15 października 1983 r. „Pietro” opuścił Rzym. Dostał etat niejawny. Zatrudniono go w Urzędzie ds. Wyznań. W tym czasie władze zaczęły bardziej bać się Kościoła niż podziemnej „Solidarności”. Jeszcze przed Okrągłym Stołem, w lipcu 1988 r., dzięki kontaktom z czasów rzymskich, udało mu się doprowadzić do wyjazdu polskich kapelanów do Katynia.

68-letni emerytowany funkcjonariusz mieszka w południowo-wschodniej Polsce w niewielkim 35-metrowym mieszkaniu w bloku”. ( Lustracja i weryfikacja naukowców PRL Edward Kotowski – dr historyk sztuki, agent „Pietro” od Kościoła i Watykanu  Posted on Luty 2, 2009  baner-czlowiek-naietro i cenzura w KAI)”.

Aktualizacja: 2009-02-3 3:34 pm

„BIBUŁA” , ostatnia aktualizacja 02-02-2009 04:00

„Dałem się nabić w butelkę, prenumerując Internetowy Dziennik Katolicki, wydawany przez Katolicką Agencję Informacyjną. Dziennik ten bowiem jest bardzo cenzurowany. Z założenia miał on przekazywać tak informacje własne, jak i przedruki z prasy na temat Kościoła katolickiego. Informacje własne są całkiem udane, ale przy przedrukach stosowana jest ideologiczna selekcja. Bardzo chętnie cytowana jest “Gazeta Wyborcza”, a także media laickie i postkomunistyczne. Nie cytowana jest natomiast kompletnie np. “Gazeta Polska”. choć na jej łamach ukazało się wiele tekstów o Kościele. Selekcja dotyczy także takich tygodników czy miesięczników jak “Nasza Polska”, “Niezależna Gazeta Polska”, “Najwyższy Czas” czy “Nowe Państwo”.

Cenzura dotknęła także “Rzeczpospolitą”. Wczoraj na przykład serwis IDK pominął kompletnie ważny artykuł Cezarego Gmyza o agencie SB o ps. “Pietro”. Zacytował natomiast bezsensowny tekst ks. infułata Ireneusza Skubisia, szefa “Niedzieli”, zachwycający się “świadectwem moralności”, które kontaktowi informacyjnemu p ps. “Cappino” wystawił ów agent.

Skąd ta cenzura? Łatwo na to sobie odpowiedzieć, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że szefem rady programowej KAI jest arcybiskup Józef Życiński, który podległą mu agencję przekształcił w prywatną tubę propagandową.

Poniżej ów tekst z “Rzeczpospolitej”, którego dziennikarzom IDK zauważyć nie wolno było. Zachęcam także do lektury mojego felietonu “Pajęczyna w Watykanie” w najnowszej “Gazecie Polskiej”, której nazwy podwładni TW o ps. “Filozof” boją się nawet wypowiedzieć.

„Pietro”, specagent w Watykanie

Cezary Gmyz 02-02-2009, ostatnia aktualizacja 02-02-2009 04:00  źródło: „Rzeczpospolita”.

Edward Kotowski znał nie tylko Jana Pawła II i Benedykta XVI, ale również większość polskiego episkopatu, w tym prymasa.

Edward Kotowski ps. „Pietro”  w lipcu 1988 roku zorganizował pielgrzymkę polskich kapelanów wojskowych do Katynia. Była to pierwsza katolicka msza w tym miejscu.

Udało mu się to m.in. dzięki znajomości z Rosjaninem poznanym, gdy pracował w Rzymie.

O oficerze wywiadu Edwardzie Kotowskim, pseudonim „Pietro”, głośno zrobiło się w tym roku. Wyszło bowiem na jaw, że jeden z jego dawnych watykańskich rozmówców, nuncjusz apostolski w Polsce abp Józef Kowalczyk, został zarejestrowany przez SB jako kontakt informacyjny. „Rz” udało się dotrzeć do Edwarda Kotowskiego i namówić go na rozmowę.

Kotowski, oficer Służby Bezpieczeństwa rozpracowujący Kościół oraz Stolicę Apostolską, to postać, która nie odpowiada stereotypowi esbeka.

Już pochodzenie ma nietypowe jak na funkcjonariusza komunistycznych służb. Jego ojciec był podoficerem, jeńcem obozu w Kozielsku, większość kolegów stracił w Katyniu.

Edward Kotowski jest historykiem sztuki, z doktoratem dokończonym już w szeregach SB. Funkcjonariuszem został ponoć z rozpaczy, po głośnym na początku lat 70. konflikcie o freski odkryte w oranżerii biskupa Ignacego Krasickiego w Lidzbarku Warmińskim.

Kotowski pełnił wówczas obowiązki kierownika muzeum zamkowego. Pod tynkiem odkrył freski z czasów biskupa Krasickiego. O odkryciu rozpisywała się cała ówczesna prasa.

Niestety, okazało się, że zgodę na położenie tynku na freski wydał siedem lat wcześniej wojewódzki konserwator zabytków Lucjan Czubiel. W rezultacie zniszczeniu uległo aż 80 procent malowideł.

Czubiel był jednak osobą ustosunkowaną w województwie. W rezultacie Kotowski z wilczym biletem został wyrzucony z pracy. Po bezskutecznym poszukiwaniu nowego zajęcia zgłosił się do Milicji Obywatelskiej. Przyjęty został do IV Wydziału Służby Bezpieczeństwa zajmującego się Kościołem.

Mentorem nowego funkcjonariusza został kapitan Tadeusz K. „To, co mnie uderzyło, to była kwestia bezproblemowego wchodzenia kleru we współpracę i to na ogół z pobudek interesowności różnego typu. Muszę przyznać, że to mocno zachwiało moimi ocenami co do moralności duchowieństwa. Więcej, sam byłem świadkiem licznych telefonów do kapitana od agentów, którzy sami naprzykrzali się mu propozycjami zbyt częstych spotkań. Mówił, że ma tak dużo tych agentów, że nie jest w stanie z nimi się spotykać częściej niż raz w miesiącu, bo wpadłby w alkoholizm” – opisuje Kotowski we wspomnieniach początki pracy.

Szkołę oficerską w Legionowie Kotowski ukończył z najlepszą lokatą. W 1973 r. zaczął pracować w centrali SB. Głównym obszarem jego zainteresowań była kadra naukowa Akademii Teologii Katolickiej i KUL.

Pracując jako nauczyciel, długo przed wstąpieniem do SB, poznał Czesława Glempa, brata obecnego prymasa. Korzystając z protekcji, udało mu się dotrzeć do ks. Józefa Glempa. Kotowski podawał się za pracownika MSZ. Przyszłemu prymasowi wystawił pozytywną opinię, co mogło mieć znaczenie dla jego nominacji na biskupa warmińskiego.

W 1975 r. zaczął się uczyć włoskiego. 14 października 1978 r., dwa dni przed wyborem Karola Wojtyły na papieża, Kotowski otrzymał delegację do pracy w Rzymie. Wyjechał rok później.

„Pietro” twierdzi, że nikt z jego watykańskich rozmówców nie miał pojęcia, z kim naprawdę ma do czynienia.

Ponownie okazał się bardzo dobrym materiałem na agenta. W czasie testów z kontrobserwacji udało mu się zidentyfikować aż 25 śledzących go równocześnie pracowników SB.

W krótkim czasie nawiązał kontakty z wieloma pracującymi w Watykanie Polakami. Znał wszystkich. Twierdzi, że żaden rozmówca nie miał pojęcia, iż spotyka się z agentem wywiadu.

Sporządzał notatki z rozmów z księżmi Adamem Bonieckim, Januszem Bolonkiem, Józefem Kowalczykiem, Konradem Hejmo, Ksawerym Sokołowskim, a także późniejszym ambasadorem w Watykanie Stefanem Frankiewiczem. Z tych osób ojciec Hejmo został zakwalifikowany jako tajny współpracownik, a obecny nuncjusz apostolski jako kontakt informacyjny. Kotowski zapewnia, że nie wie, kim jest inny kontakt informacyjny o pseudonimie „Prorok” , który miał dostarczać SB wielu informacji. Ożywione kontakty utrzymywał też z obcokrajowcami. Poznał m.in. kardynała Josepha Ratzingera, obecnego papieża.

Raporty przekazywane przez „Pietro”, jak wynika z jego teczki personalnej, oceniano wysoko. Część z nich trafiała na biurka najważniejszych osób w PRL.

15 października 1983 r. „Pietro” opuścił Rzym. Dostał etat niejawny. Zatrudniono go w Urzędzie ds. Wyznań. W tym czasie władze zaczęły bardziej bać się Kościoła niż podziemnej „Solidarności”.

Jeszcze przed Okrągłym Stołem, w lipcu 1988 r., dzięki kontaktom z czasów rzymskich, udało mu się doprowadzić do wyjazdu polskich kapelanów do Katynia.

Pracował też przy ustawie o stosunku państwa do Kościoła katolickiego i wznowieniu stosunków dyplomatycznych z Watykanem, którą przyjął ostatni komunistyczny Sejm. Oznaczało to radykalny zwrot w stosunkach państwo – Kościół. Na mocy ustawy przekazano Kościołowi majątek wielomiliardowej wartości.

Kotowski ze służby odszedł w roku 1990 ze względu na stan zdrowia. Przez pewien czas pracował w firmie zajmującej się eksportem. Twierdzi, że nigdy nie miał nic wspólnego z handlem bronią, jak mówił „Rz” jego znajomy.

Dziś na emeryturze łowi ryby, maluje i się leczy. Na starość powrócił w rodzinne strony.

68-letni emerytowany funkcjonariusz mieszka w południowo-wschodniej Polsce w niewielkim 35-metrowym mieszkaniu w bloku”.  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. „Rzeczpospolita”.

ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski

„Jeżeli ktoś uważnie przeczytał moją książkę "Księżą wobec bezpieki", to zauważył, że oficer wywiadu PRL o ps. "Pietro" (prawdziwe nazwisko: Edward Kotowski) występuje w niej dwa razy. Raz na stronach 274 i 275 jako oficer prowadzący ks. Juliusza Paetza, czyli kontakt informacyjny o ps. "Fermo"; drugi raz na stronie 189 jako osoba rozpracowująca polskiego księdza z jednej z kongregacji watykańskich. Duchownemu owemu nadano pseudonim "Aniene", ale na szczęście pomimo szantażu nie udało się go zwerbować. Te przypadki pokazują, że podpułkownik Edward Kotowskie nie zajmował się tylko "umacnianiem dyplomatycznych stosunków polsko-watykańskich".

Idąc tym tropem natrafiłem po wybuchu sprawy kontaktu informacyjnego o ps. Cappino, pod którym zarejestrowany został abp Józef Kowalczyk, na kolejny kontakt informacyjny, tym razem pod pseudonimem "Prorok", który na szkodę Watykanu działał w latach 80-tych, a z którym kontakt miał także oficer "Pietro".

Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że pierwszy tę sprawę opisał dr Sławomir Cenckiewicz, który w artykule w "Rzeczpospolitej" tak to  relacjonował:

„Ich egzemplifikacją może być aktywny współpracownik rezydentury wywiadowczej w Rzymie – KI „Prorok”, który nie tylko przekazywał informacje ustnie, ale również sporządzał notatki i dostarczał dokumenty. W jego charakterystyce za lata 1983 – 1984 czytamy: „W okresie podlegającym niniejszej ocenie źródło »Prorok« przekazało ogółem 246 materiałów i informacji depeszowych, z których wykorzystano 97, w tym w informacjach dla kierownictwa partyjno-rządowego (KPR) 66. Najwięcej informacji dotyczyło problematyki watykańskiej (112, z których 39 wykorzystano w opracowaniach dla KPR).

Materiały te pogłębiały i rozszerzały nasze rozeznanie, przy czym dotyczy to zwłaszcza tych informacji, które relacjonowały przebieg i rezultaty wizyt członków Episkopatu Polski w Watykanie”. W analogicznej ocenie dotyczącej działalności KI „Prorok” w latach 1985 – 1987 czytamy, że źródło to „przekazało ogółem 405 informacji, z których aż 195 stanowiło podstawę do opracowania samodzielnych bądź zbiorczych opracowań. 73 materiały zostały ocenione jako wartościowe, a 2 jako bardzo wartościowe”. Dotyczyły one m.in. „polityki wschodniej Watykanu, stosunków państwo – Kościół i Watykan – PRL”.

Dzisiaj w dzienniku "Polska" ukazuje się mój wywiad, który przeprowadził Tomasz Pompowski, a w którym opisuję własne wyniki badań. Oto streszczenie, które zamieściła PAP.

Prorok najgroźniejszym agentem w Watykanie

Ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zaleski w wywiadzie dla dziennika "Polska" ujawnia, że natrafił na dokumenty kolejnego współpracownika bezpieki, który przekazywał informacje o papieżu i innych ważnych duchownych w Watykanie. Osoba, ukryta pod pseudonimem „Prorok" nie była zarejestrowana jako tajny współpracownik wywiadu, tylko jako kontakt informacyjny. Według księdza Isakowicza - Zaleskiego, autora książki "Księża wobec bezpieki", "Prorok" był najgroźniejszym agentem w Watykanie. Działał od końca lat 70. do końca lat 80.

Na długo przed zamachem na Jana Pawła II zbierał szczegółowe informacje dotyczące papieża, dotyczące między innymi jego rozkładu dnia i budowy papamobile. Te wszystkie informacje gromadził wywiad PRL. Potem były one przekazywane wywiadom Układu Warszawskiego i KGB. Kontakt informacyjny "Prorok" był w Rzymie w chwili zamachu na Jana Pawła I.

"Prorok" informował też o konfliktach między Polakami wewnątrz Watykanu i słabościach duchownych. Zachowały się też jego donosy na kardynała Franciszka Macharskiego i księdza Jerzego Popiełuszkę.

Według księdza Isakowicza - Zaleskiego, "Proroka" prowadził podpułkownik Edward Kotowski ps. "Pietro". - To ten sam funkcjonariusz, który kontaktował się z obecnym nuncjuszem, arcybiskupem Józefem Kowalczykiem ps. "Cappino" - mówi autor książki ""Księża wobec bezpieki". Według niego, "Cappino" udzielał informacji, które wyrządzały szkodę innym osobom. Informował on między innymi o negatywnej opinii części Watykanu o osobie Lecha Wałęsy. Ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zaleski dodaje, że z podpułkownikiem Kotowskim miał kontakt także „Fermo", czyli Juliusz Paetz.

Edward Kotowski, b. etatowy pracownik Służby Bezpieczeństwa, zarejestrowany przez komunistyczny wywiad pod ps. "Pietro", pod którym pełnił funkcję rezydenta Departamentu I SB w Rzymie w latach 1979-1983, złożył niedawno pozew do Sądu Okręgowego w Sokółce na Białostocczyźnie. Oskarża w nim dziennikarza i redaktora naczelnego jednego z ogólnopolskich dzienników o popełnienie przestępstwa z art. 212 par. 2 kodeksu karnego i domaga się, aby skazano ich na "1 rok pozbawienia wolności, z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na okres próby wynoszący 5 lat". Występuje także, co w tym wypadku jest oczywiste, o zasądzenie dla siebie pieniędzy.

Co skłoniło esbeckiego emeryta do takiego kroku? Otóż jedna z zaskarżonych osób przeprowadziła ze mną wywiad, w którym opisałem rolę, jaką odgrywał rezydent "Pietro" w infiltracji polskiego środowiska kościelnego w Watykanie. Nawiasem mówiąc, część "zasług" owego rezydenta opisałem także trzy lata temu w książce "Księża wobec bezpieki", ukazując jego związki z kontaktem informacyjnym o ps. "Fermo", pod jakim zarejestrowano późniejszego abp. poznańskiego Juliusza Paetza. W innych publikacjach opisywałem także jego związki z kontaktem informacyjnym o ps. "Cappino", pod jakim zarejestrowano obecnego nuncjusza abp. Józefa Kowalczyka, o którym do dziś wyraża się on zawsze z wielką atencją. Jednak ani tej książki, ani tych publikacji były esbek nigdy nie zaskarżył. Co więcej, w omawianym pozwie wyłączył mnie z oskarżenia. Czemu postępuje tak niekonsekwentnie? Pewnie dlatego, że wie, iż mikrofilmy posiadanych przeze mnie dokumentów, wyszperanych w wyniku żmudnej kwerendy, to prawdziwa puszka Pandory, na której otwarciu nie powinno zależeć ani byłym rezydentom SB w Wiecznym Mieście, ani tym bardziej abp. Kowalczykowi, który tak wytrwale zabiega, i to bez żadnej kozery, o prymasowski urząd. Rzecz intrygująca, temu ostatniemu list skierowany do mnie Kotowski wysłał w pierwszej kolejności. Przypadek? Absolutnie nie.

Co do owych rezydentów, to żaden z nich nie był niewinną owieczką, na jaką kreuje się autor pozwu. Jako agenci służący reżymowi komunistycznemu byli oni raczej wilkami krzywdzącymi swymi działaniami Kościół katolicki. Ich głównym figurantem, czyli osobą przeznaczoną do rozpracowania, był papież Jan Paweł II. Dr Sławomir Cenckiewicz, wytrawny badacz akt wywiadu, tak napisał o nich:

"Warto wspomnieć, że zwłaszcza od czasu wyboru kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową rezydentura rzymska należała do najważniejszych placówek wywiadowczych PRL. Rzymscy rezydenci Departamentu I MSW o pseudonimach Canto (1975-1980), Bralski (1980-1984), Dis (1984-1988) oraz Irt (1988-1990) należeli do najlepszych oficerów wywiadu PRL". Z analizy innych historyków wynika, że ich raporty trafiały na biurka nie tylko w Warszawie, ale i w Moskwie, bo działania polskie SB, zwłaszcza w kwestii Watykanu i osoby Jana Pawła II, było przedłużeniem działań wywiadu sowieckiego. Tak czy siak, proces w Sokółce zapowiada się ciekawie. Inna sprawa, że dla Sokółki, tego sympatycznego miasta, znanego ostatnio z cudu eucharystycznego, będzie to wątpliwa reklama.

Co do działań bezpieki wobec pasterzy Kościoła, warto w tym miejscu zachęcić wszystkich do odwiedzenia wystawy o ks. Władysławie Gurgaczu, otwartej w tych dniach w Bibliotece Wojewódzkiej przy ul. Rajskiej 1 w Krakowie. Wystawa ta, doskonale przygotowana przez IPN, ukazuje męczeństwo kapelana antykomunistycznego podziemia, zamordowanego w 1949 r. przez UB. Kapłan ten do niedawna był postacią zapomnianą, również przez władze kościelne. Dziś, ukazany w pełnym blasku, staje się idealnym kandydatem na ołtarze.

Jeżeli jesteśmy przy męczeństwie polskich duchownych, to informuję, że na placu przy kościele Matki Boskiej Królowej Różańca Świętego w Dzierżoniowie odsłonięto i poświęcono pomnik upamiętniający rzymskokatolickich księży pomordowanych na Kresach II Rzeczypospolitej w latach 1939-1947 przez - jak głosi napis - "faszystowskie bandy OUN i UPA". Męczennicy ci także byli autentycznymi pasterzami, którzy bronili w czasie II wojny światowej swych owczarni przed najróżniejszej maści wilkami. Pomnik powstał przy pomocy dobroczyńców, samorządowców i duchownych. W czasie uroczystości Edward Bień, prezes stowarzyszenia "Kresowiacy", powiedział: "Ponieważ odchodzą świadkowie historii czasu wojny, dlatego tak ważne są inicjatywy utrwalające pamięć". Z kolei ks. proboszcz Zygmunt Kokoszka zaznaczył: "To bardzo ważne dla młodych pokoleń, które potrzebują jasnych dowodów prawdy, jaka tworzy historię naszej ojczyzny".

Warto też odnotować starania o nadanie jednemu z bulwarów we Wrocławiu imienia rotmistrza Witolda Pileckiego, także zamordowanego przez UB. Animatorem tych działań jest Dolnośląska Inicjatywa Historyczna, która prosi wszystkie osoby, również spoza stolicy Dolnego Śląska, o pisemne wsparcie. Na adres przewodniczącego Rady Miejskiej prof. Jacka Ossowskiego: 50-107 Wrocław, ul. Sukiennice 9, można wysyłać dowolne deklaracje, byleby znalazło się w nich sformułowanie: "Zdecydowanie popieram inicjatywę powołania we Wrocławiu bulwaru Rotmistrza Witolda Pileckiego między ul. Krupniczą a ul. Świdnicką".

Można także podpisać się pod apelem na stronie internetowej: www.takdlapileckiego.pl

STRONA AUTORSKA EDWARDA KOSOWSKIEGO ( iskry.pl )

RAPORT Z POLA WALKI (z przestępczością internetową).

DO KOMENDANTA GŁÓWNEGO POLICJI.

Napisany przez Edward Kotowski, z 17-03-2011 06:19

wejść : 10975

Opublikowane w : Prace Autorskie, Edward Kotowski

Szanowny Panie Komendancie,

Niniejszym raportuję, że:

1.    Od końca września 2010 r. do różnych jednostek Policji (głównie woj. podlaskiego) wniosłem Skargi do Policji (w trybie art. 488 &1 kpk) w stosunku do 370 podmiotów internetowych, których pracownicy dopuścili się przestępstwa kwalifikowanego z art.212 & 2 KK.

2.    Do tej pory, tj. po upływie niemal pół roku jedynie jedna jednostka Policji ustaliła 5 sprawców, w odniesieniu do 5 podmiotów internetowych. Oznacza to wykrywalność na poziomie  1,3 %. Sam Pan przyzna, że jest to wykrywalność wyjątkowo niska i poniekąd, kompromitująca.

3.    Z decyzji procesowych zarówno sądów rejonowych, a także okręgowych wynika, że Policja nie jest w stanie ustalić najprostszych danych, takich np. jak nazwiska administratorów serwisów internetowych, ani składu redakcyjnego tychże serwisów, nie mówiąc już o adresach IP komputerów, przy pomocy których zostały zamieszczone pomawiające i zniesławiające mnie treści.

4.    Dzieje się tak, mimo tego, że Skargi do Policji zostały przeze mnie zaopatrzone w bogaty materiał towarzyszący, który jest dobrą pomocą fachową umożliwiającą bezproblemowe ustalenie sprawców. Między innymi chodzi tu także o słynną i bardzo wartościową odpowiedź sejmową, z dnia 19.10.2009r., Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji, Gen. Adama  Rapackiego, na zapytanie poselskie nr 4816, która, w gruncie rzeczy, jest szczegółową instrukcją prawną i proceduralną, jak Policja ma postępować w wykrywaniu i zwalczaniu tego typu przestępczości internetowej.

5.    Problem ten zauważają również i sądy, które stwierdzają wprost, że Policja nie była w stanie - mimo ich zleceń – ustalić osób oskarżonych i wówczas zwracają się do mnie, abym wyręczył Policję w tym zakresie. W kilku przypadkach już to uczyniłem i w wyniku prostej kwerendy internetowej przedmiotowych serwisów internetowych ustaliłem ich składy redakcyjne, po czym je przesłałem sądom. Pewnych dalszych czynności procesowych i operacyjnych nie mogę jednak poczynić z uwagi na brak mojego, jako osoby prywatnej, umocowania prawnego.

Co prawda doceniam wiarę i zaufanie sądów do mojej wiedzy operacyjno-śledczej, zdobytej jeszcze w czasach słusznie minionego systemu (podkreślam słowo „słusznie „aby tu nie było żadnych wątpliwości), ale - czemu dawałem wyraz sądom – jestem przekonany, że Policja, w ciągu minionych 20 lat, chociaż minimalne, ale jakieś umiejętności  już posiadła i powinna dać radę z tym nieskomplikowanym problemem.

6.    Kwestie, o których wspomniałem są przedmiotem wielu publikacji internetowych w Niezależnym Serwisie Informacyjnym – Iskry Polskości (www.iskry.pl), takich autorów jak: Szczur (sądowy), Maciej Misiorski czy też ja osobiście. Ufam, że służby informacyjne Komendy Głównej Policji, na której stronie www te publikacje również gościły, będą w stanie je dostarczyć – w pełnym komplecie – Panu Komendantowi.

Ppłk dr Edward Kotowski

(były oficer wywiadu krypt.”Pietro”, oraz innych służb specjalnych).

Podał do druku

Aleksander Szumański

Żródła

Wikipedia,

Lustracja i weryfikacja naukowców,

„Bibuła”,

„Rzeczpospolita”,

Strona autorska ppłk dr Edward Kotowski

(były oficer wywiadu krypt.”Pietro”, oraz innych służb specjalnych) iskry.pl

ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski,

dr Sławomir Cenckiewicz „Rzeczpospolita”, „Polska”